Travel around Asia
foty
czwartek, 6 stycznia 2011
Post dla mojej Mamy
Czesc Mamo. Wszystkiego naj, niech Ci sie spelnia wsytkie marzenia. Jestes najlepsza Mama na swiecie. Kocham Cie. Zyj sto lat, niech Twoj swiat i Twoje zycie wypelni magia szczescia i radochy. Trzymaj sie i nie martw sie, pamietaj ze osiemnastka to nic strasznego, wszytko co naj jeszce przed Toba. Sory ze nie ma polskich liter, siedze w jakies zapyzialej kafejce. Kocham Cie i jeszce raz sto lat
czwartek, 30 grudnia 2010
wiadomości z Malezji
Cudowne ludziska witam Was z Malezji
Szczerze to nie za bardzo wiedziałem jak zabrać się do pisania tego posta. Ostatni tekst przyszedł mi dosyć ciężko. Wiecie jak to jest prosić o taką pomoc. Czułem się jakbym się rozebrał i wylazł na środek Schop street. Obciach. Ale najważniejsze, że obciach był skuteczny. Liczyłem, że pomoc skapie małym strumieniem. Nieprawda. Pomoc napłynęła siłą potężnej rzeki. Macie wielkie serca. Moje dzięki na nic się nie przełoży, więc nie wysilam się na żadne wielkie słowa. Po prostu jesteście genialnie cudni. Ogromne, szczere, wielkie DZIĘKI.
Dobra, teraz szybko co u mnie. Podróż z Kalkuty do Kula Lumpur. Rzeźnia. Z mojego hotelu do lotniska jest 12km. Odlot 16.45. Coś mnie tknęło i biorę takse o 12. I całe szczęście. Droga na lotnisko 3 godziny!!! Ulice zakorkowane do bólu. To co robił ten taksiarz to przechodzi ludzkie pojęcie. Ocierałem się o kataklizm co 3 min. Po prostu na ulicy indyjskiej panuje jedno prawo: kto pierwszy ten lepszy. Dojeżdżam na lotnisko z żołądkiem w gardle. Na lotnisku kolejny problem. Mam 3 kilo nadbagażu. Miła pani, która mnie odprawia, żąda zapłaty w wysokości połowy ceny biletu (wredna su.. jakby nie mogła machnąć ręką) . Wywalam do śmietnika skarpety, majty, ręcznik, pastę do zębów i resztę kosmetyków, koszulki. Wracam do przemiłej pani (gupia su..), teraz bagaż się zgadza. Następnie dziesiątki kontroli: prześwietlanie bagaży, pieczętowanie, stęplowanie, cuda na kiju.W końcu odlot. W Kula Lumpur ląduje o 20.30. Przestawiam czas o 3 godziny i jest 23. 30. Po odprawie wychodzę na lotnisko i co ukazuje się moim oczom?? KFC! Wpadam z rozbiegu. Zamawiam Big Mega Super Wypas hamburgera, Big Mega Super Wypas chikena, Big Mega Super Wypas frytki. Żre do bólu. I wszystko bez ryżu. Nie wiecie jak to jest... Ale wierzcie mi wyjebiś......
Jest po północy. Autobus do centrum rusza o 1. Jadę godzinę. Wysiadam w chińskiej dzielnicy bo tu najtaniej. Jest druga w nocy, a tu suprjas. Wszystko tętni życiem. Knajpy, kafejki, puby, restauracyjki, wszytko pootwierane. Na ulicach pełno stonki. Ludzkość żyje nocnym życiem. Zewsząd dochodzi mnie różnoraka muza. Nie wierze własnym oczom. Muzułmański kraj, a tu zabawa do rana. Po 2 miesiącach w Indiach, mały szok. Szukam hotelu. Łażę 2 godziny i wszystko drogie a tanie zajęte (święta). Znajduję hotel za 12e. Najtaniej jak się dało i nie ma rewelki. Pokój bez okna, kibel i prysznic na zewnątrz, oczywiście zimna woda. W ogóle Malezja nie jest tania. Butla mineralki prawie 2e. Żarcie ok 6e. Alkohol Mega drogi. Haineken 0,33l w sklepie 2e. Podczas szukania hotelu jestem świadkiem niesamowitej sceny. Chińska knajpa. Usytuowana prawie na ulicy, kuchnia widoczna dla ludzi. Kątem oka dostrzegam jak miedzy garami biega szczur. Patrze a kucharz błyskawicznym ruchem ręki łapie szczura za ogon i obcina mu łeb. Prawie zwariowałem. Ale teraz najlepsze. Kolo wyrzuca zwłoki szczura do śmieci i nie wycierając tasaka, wraca do krojenia czegoś tam. Właśnie stracili klienta. I to co uderzyło mnie na ulicy najbardziej: malezyjskie kobiety. Pamiętajcie jestem w muzułmańskim kraju.!!! Pannice w minówach, że w krótszych się nie da. Generalnie chodzą nieźle wyuzdane, a poza tym urodą nie grzeszą. Rudowłosa, nie pieklij się teraz za bardzo. Trzeba być obiektywnym. Przy Tobie wszystkie one bledną, jesteś tą najjaśniejszą gwiazdką na nieboskłonie. Panowie więcej szczegółów i obserwacji na ten temat jak wrócę i spotkamy się na browarku:) W stolicy Malezji siedzę 5 dni, bo święta i to akurat wypada na sobotę i niedziele, więc ciężko z transportem. Ale na nudę nie narzekam, choć w wigilię łapie mnie chandra i lekko się znieczulam. Dobra z tym "lekko" trochę kłamie. Znieczulam się na maksiora, co robić, człowiek nie wielbłąd, pić musi. Jakoś tak pomyślałem o Was, o biesiadach przy stole, a ja w tych 4 ścianach...
Obecnie jestem w Melace, pięknym mieście o niesamowitej architekturze. Oczywiście mieszkam w chińskiej dzielnicy bo najtaniej:) Zwiedzam chińskie świątynie, stare miasto, wszystko jest niesamowite.Wieczorami błąkam się ulicami, wśród setki knajpeczek, pubów, restauracyjek. Spędzę tu Nowy Rok. Potem grzeje do Johan Batur, następnie Petang, potem tydzień malezyjskiej dżungli, plantacje herbaty, powrót do Kula Lumpur i go home. Kupiłem bilety na powrót do domu. Niestety:(
Przypomniała mi się refnej jednej piosenki z repertuaru KAT (klasyka polskiego metalu), "okręt mój płynie dalej, gdzieś tam..'. Dzięki Wam mój żaglowiec płynie dalej, nabrał wiatru w żagle i gna do przodu. Ale wiecie trzeba tak pić z czary ambrozji by nie stała się czarą goryczy. Mój puchar jest wypełniony ambrozją po brzeg, więc pora zwijać do portu. I tak po powrocie,będę musiał znaleść jakiś nocny etat w MCdon..żeby stanąć na nogi. Ale co tam. Starożytni Nepalczycy mawiali : "lepiej przeżyć w życiu jeden dzień jak dziki tygrys na wolności, niż całe życie jak stado beczących owiec".
Dobra tyle niusów u mnie. Jutro sylwester, więc wiadomo. Wszyscy "koko dżambo i do przodu". Potem poranek w nowym, tym piękniejszym lepszym roku. A tu wiadomo, szarówa życia, w głowie tupią krasnale w metalowych butach, jakiś klinik by sie przydał:) Trzymajcie się. Pozdrawiam Was z gorącej Melaki:) Następne wieści z Singapuru:)
http://picasaweb.google.com/krzychorama/KulaLumpurIMelaka?authkey=Gv1sRgCJvx8a3Apb2vkgE#
Obecnie jestem w Melace, pięknym mieście o niesamowitej architekturze. Oczywiście mieszkam w chińskiej dzielnicy bo najtaniej:) Zwiedzam chińskie świątynie, stare miasto, wszystko jest niesamowite.Wieczorami błąkam się ulicami, wśród setki knajpeczek, pubów, restauracyjek. Spędzę tu Nowy Rok. Potem grzeje do Johan Batur, następnie Petang, potem tydzień malezyjskiej dżungli, plantacje herbaty, powrót do Kula Lumpur i go home. Kupiłem bilety na powrót do domu. Niestety:(
Przypomniała mi się refnej jednej piosenki z repertuaru KAT (klasyka polskiego metalu), "okręt mój płynie dalej, gdzieś tam..'. Dzięki Wam mój żaglowiec płynie dalej, nabrał wiatru w żagle i gna do przodu. Ale wiecie trzeba tak pić z czary ambrozji by nie stała się czarą goryczy. Mój puchar jest wypełniony ambrozją po brzeg, więc pora zwijać do portu. I tak po powrocie,będę musiał znaleść jakiś nocny etat w MCdon..żeby stanąć na nogi. Ale co tam. Starożytni Nepalczycy mawiali : "lepiej przeżyć w życiu jeden dzień jak dziki tygrys na wolności, niż całe życie jak stado beczących owiec".
Dobra tyle niusów u mnie. Jutro sylwester, więc wiadomo. Wszyscy "koko dżambo i do przodu". Potem poranek w nowym, tym piękniejszym lepszym roku. A tu wiadomo, szarówa życia, w głowie tupią krasnale w metalowych butach, jakiś klinik by sie przydał:) Trzymajcie się. Pozdrawiam Was z gorącej Melaki:) Następne wieści z Singapuru:)
http://picasaweb.google.com/krzychorama/KulaLumpurIMelaka?authkey=Gv1sRgCJvx8a3Apb2vkgE#
niedziela, 19 grudnia 2010
tyko fotki
witam Wszystkich
Wpadam tu tylko na chwilę zostawić Wam obiecane fotki:)
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Andamany?authkey=Gv1sRgCKqbqeyV6KTQ-wE#
ok. Zmykam, jutro samolot do Malezji, mam trochę załatwiania. Trzymajcie się Świątecznie i do usłyszenia:)
Wpadam tu tylko na chwilę zostawić Wam obiecane fotki:)
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Andamany?authkey=Gv1sRgCKqbqeyV6KTQ-wE#
ok. Zmykam, jutro samolot do Malezji, mam trochę załatwiania. Trzymajcie się Świątecznie i do usłyszenia:)
czwartek, 16 grudnia 2010
wiadomości z Tamil Nadu
Witam wszystkich serdecznie:)
Podróż morska z Andamanów do Chennai minęła bardzo szybko i przyjemnie. Po za mną, na statku było jeszcze kilkunastu białasów. Fajni ludzie z Izraela, Australi., UK, i US. Ucinammy codziennie pogawędki i czas jakoś płynnął. Ja większość czasu spędzam z Angolem Pitem. Facet był już 3 razy w Afryce i sprzedał mi parę fajnych pomysłów na kolejne tripy. Lądowanie w porcie było obskurne. Nabrzeże wyglądało jak ogromne rumowisko, wszędzie tony gruzu i cegieł. Oczywiście smród i pełno śmieci. Już wiem, że nie zostanę w tym mieście dłużej niż to konieczne. Otacza nas kordon wojska, bo w porcie obowiązuje zakaz poruszania się. Odprowadzają nas do podstawionego autobusu i wyjeżdamy na miasto. Ja gnam na dworzec kolejowy kupuję bilet na 17 grudnia do Kalkuty i biorę miejsowy autbusy do Mamallapuram ( stare Mahabalipuram). Podaję dwie nazwy, bo obie są w użyciu. Pewnie spytacie gdzie to jest? Prawie na koncu świata, serio:) To trochę taki żart, choć nie do końca. Tamil Nadu to stan na samym południu Indii. Dalej na południe już tylko Sri Lanka. Na Mamallapurne namówił mnie Pit i Tim (australijczyk). Strzał okazał się w dyche, bo nie trzeba było być prorokiem że w Chennai, wieje nudą. Kolejny brudny, betonowy moloch ( 6,5 mln mieszkńców). Nasza baza wypadowa jest bardzo pryjemna. 60 kilometrów od Chennai, niewielka mieścina nad samym morzem bengalskim, w ktorej życie toczy się bardzo spokjnie. Monitorujemy wsplónie lokalnne terytoriia. Byliśmy w Kanchipuram, Puduchery, Vellore, Tiruvannamalai. Wszędzie coś ciekawego do obejrzenia: świątynie, ruiny starych fortów, monastery.
Mnie jednak (jak zawsze) interesuje codzienne życie tubylców. Tutejsza okolica to skupiska rzemieślników i wyrobników. Pełno tu rzeźbiarzy, wyrobników biżuterii, butów, torebek. A wszytsko dzieje się na ulicy i można napatrzeć się do woli. Ja mogę gapić sie godzinami. Życie takich Hindusów toczy się zupełnie innym rytmem i tempem, niż przeciętnego Europejczyka. Nie gnają nigdzie, nie spieszą się. Podpatzryłem trochę dzionek sklepikarza z ciuchami, którego obserwowałem z tarasu mojego hostelu. Pewnie uznacie że jestem walnięty . Pewnie tak. Rytm jego dnia wyznacza wschód i zachód słónca, jakby nie korzystał z zegarka. Tuż po wschodzie słońca, pojawia sie przy sklepie i rytaualnie go otwiera. Myślę że ja otworzył bym taki sklep w 5 min, jemu zajmuje to prawię godzinę. Otwiera metalową kratę, ściąga buty, wchodzi do środka. Pomalutku wynosi swój stołeczek i ciuchy które wiesza na specjalnych stojakach. Robi tak codziennie, te same ciuchy w tych samych miejscach. (3 min robty) Jemu zajmuje to mnóstwo czasu. Każdą rzecz staranie głaszcze i gładzi. Sprawdza kilkakrotnie czy jest idealnie. Następnie miotełka i zamiatanie. Po 5 minutach czyściutko, ale on nie kończy. Drepcze w kółko, sprawdza iks razy czy jest czysto. Next, zraszanie wodą placu pzred sklepem by się nie kurzyło. Ma do zroszenia z 2 metry kwadratowe, nie pytajcie ile mu tu zajmuje. Gdy rytuał otwierania sklepu dobiega do końca, siada na stolku i gapi się w ulice. Oczywiście szuka potencjalnych ofiar. Swoją drogą facet jest niezły. Nie zaczyna gadki od "łicz łan cantry" bo wtedy wie, że dupa. Natomaist zaczyna od" pięknie dziś pani wygląda, to pni ulobione kolory?? bardzo pani w nich do twarzy, a mam coś w pani stylu". Starsze panie łykają haczyk prawie zawsze, a jak już wejdziesz do sklepu to 3/4 sukcesu.
Na marginesie, kupownie ciuchów w Indiach jest ogromnie przyjemne. Wchodzisz do sklepu, ściągasz buty, siadasz na wygodnym dywaniku i zaczyna się show. Na wstępie zaznaczasz koleżce, że chcesz tylko t-sherta. "Of cours", po czym koleś pokazuje Ci stosy rzeczy: bluzy, spodnie, w różne wzorki, z różnych materiałow, (niektóre ciuchy są naprawdę genialne). Gdy się już naoglądasz i zaczynasz się już wnerwiać, prosisz kola o t-sherta. "Of corus my frend, letter, now just lock, raely good prize to You" I wszystko zaczyna się od początku. Myślę że zakupy podstawowych ciuchów dla 5 osobowej rodziny zajęły by miesiąc. Wracając jeszce do rytmu życia hindusów. Gadałem potem z tym sklepikarzem I coś zrozumiałem. On po prostu ma tylko ten sklep, który odziedziczył po ojcu. Nie ma nic innego do roboty, zupełnie nic. Po prostu nie ma żadnego wyboru, żadnej alternatywy, nigdy nie znajdzie innego zajęcia, innej pracy. Jedyne o co dba, to by codziennie sprzedać co kolwiek. I tak dzień w dzień, od wschodu do zachodu, prawie przez większość życia. Niesamowite.... Dobra już koniec tego bo pewnie Was to zanudza i ziewacie..
Jeszce kilka słów o dalszych planach podróży. Myślę po mału o powrocie. Niestety. Ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Kardynalny powód wcześniejszego powrotu to oczywiście kasa.(raczej jej brak) Budżet topnieje szybko, choć wierzcie mi, nie pływam tu w luksusach. Trochę frycowego zpałaciłem w New Dheli, i wiadomo transport, pozowlenia na tregingi, nurkownie, żarcie, gupi internet, wszytko kosztuje, czasem też się znieczulałem.....Teraz zaciskam pasa na wszystkim, wszytko najtańsze z najtańszego. Na ryż już nie mogę się gapić. Wczoraj śnił mi koszmar: nad moją głową fruwał ogromny schabowy a ja nie mogłem go złapać. Kurwa jak bym zobaczył w jakieś knajpie schabczaka z ziemniakami i mizerią do zapłacił bym nawet 50E i miał bym w dupie oszczędzanie... A propo oszczędzania. Tego posta piszę z Chennai. Wróciłem po południu na jedną noc bo rano 30godzinna podróż pociągiem do Kalkuty,(będzie koszmar). Szukam taniego hostelu w okolicy dworca, bo pociąg o 6 rano, nie chcę brać taksy ani rikszy. Pierwsza ulica za dworcem, hosteli i hotelików od groma. A tu suprajs, większość miejsc zajętych.(kto spędza czas w tak ochydnym mieście jak Chennai???). Wolne pokje w cenie 4 stów. Po 2 godzinach znajduję pokuj za 2stówy(3,5E). Jestem wykończony. Kapie ze mnie, plecak waży tone.. a najbardziej uprzykrzają szukania hotelu riksiarze. To najgorsza warstwa społeczna ludzi, mendy których nie znoszę. Przylepi się taki za Tobą i mendzi "łicz łan kantry, ai noł good plejs, czip, naj wiu" Zawsze grzcznie dziękuję, choć dziś nie wytrzymałem. Pozybawłem się jednego i zaraz pojawiało się 2 innych. Ostatniemu na pytanie "łicz łan kantry", odpowiedziałem "kurwa z koziej dupy". Co uszłyszałem? "Najs kantry" i dalej za mną drepcze. Wierzcie czasem można zwariować...
W Kalkucie 2 dni. Pakowanie, drobne zakupy. Lot do Malezji. Malezje wybrałem z powodów logistycznych. Z Malezji mam już tylko jeden kierunek podróży, północ. Miałem się piąć w górę do Tajlandii, Kambodży, Laos i Wietnam. Teraz już wiem że Malezja 3 tygodnie i 2 tygodnie Tajlandia.( tylko na tyle dostanę wize). Koniec. Razem daje to 5 tygodni, więc szukam tanich połączeń z Bankoku do Europy, w pierwszym tygodniu lutego. Sprawdzam setki połączeń. Najtaniej znalazłem Paryż za 450E a potem rayaner za 10E do dublina. Tu prośba jeśli ktoś znajdzie coś tańszego, niektórzy z Was grzebią w połączeniach lotniczych, dajcie znać w komentarzu.
Oczywiście oprócz o powrocie myślę o tym jak wrócić najpóżniej. Mam do kogo wracać (Rudowłosa Niwiasta świetnie się trzyma, choć nabucy sie na skeypie, i me 2 małe pociechy też), ale jak pomyśle słowo praca czuję poważny dyskomfort....Brrr Na statku ma się dużo wolnego czasu więć wymyśliłem dwie rzeczy. Po pierwsze mógłbym podjąc jakąś dorywczą pracę. Tu pojawia się problem. W Nowej Zelandii lub Australi pomysł nie gupi, bo da sie zarobić. W Indiach pracując dwa miesiące za barem, odóżył bym na Citylinka z Shannon do Golwyowa. Pomysł umarł. Drugim pomysłem jesteście Wy, Moi Drodzy Czytelnicy. Jeśli ktoś ma chęć wspomóc tą eskapade i dorzucić trzy grosze, proszę o kontak z Lenininem. Lemon po pierwsze jest naljepszym księgowym jakiego znam, (żyleta), żaden euracz mu nie umknie, jest solidny do bólu. Po drugie, wie co zrobić by forsa szybko znalazła się na moim koncie. Po trzecie, na statku poznałem baosmana, który trzy lata w Tybiecie zajmował się wróżbiarstwem. Wziął moją dłoń i powiedział " Just Lemon". Stary opatrzności i losowi nie wolno się sprzeciwiać (dobra po powrocie możesz mnie zabić) Oczywiście proszę tylko o pomoc. Jestem facetem honuoru. Do 3 tygdoni po powrocie oddam wszytsko. Tak naprawdę to szkoda mi tylko tego urlopu. Żadna firma i żaden inny boss nie da mi już 6 miesięcy urlopu. A propo Bossa, tu malutka wazelina. Szanowny Panie G. M. serdecznie dziekuję za ten miły gest i szerdecznie pozdrawiam. (Mam nadzieję że po powrocie znajdzie sie jakieś biureczko dla mnie na spawalni). Panowie zadbajcie by wazelnia dopłyneła do Bossa, (dzięki). To tyle. A jeden fact już troche mnie wspomógł. Napisałem maila i natychmiast pozytywna odpowiedź. Dzieki Stary stanąłeś na wyysokośći zadania, Wiesz to tylko forsa a ja Stary robie coś o czym marzyłem od dawna Dzięki. Moje marzenia trwają na dal.
Tak czy siak czekam na jakies niusy do końca grudnia. Idą święta, czas dzielenia się i dawania dobroci .Może dzięki Wam uda się mi dotaszycz do Kambodży, Na razie będzie cieżko dotrwać do Bankoku. I jeśli ktoś znajdzie tani lot z Tajlandii, na początek lutego dajcie koniecznie znać. Może da się cos zaoszczędzić na bilecie. Dobra a teraz sprawa ostatnia. Sprawą mojego tripa się nie przejmujcie. Wbrew pozorom jestem realistom i twardo stąpam po tej planecie. Powrót juz planuje, jak będzie tak będzie. Nie mozna mieć wszystkiego. Poza tym jak nie teraz, to póżniej. Wszystko ma swój czas.....
Sprawa najważniejsza. Świeta
Po pierwsze:
Kochani Rodzice. To Wasze pierwsze swięta w samotności. Adam będzie spędzał je po raz pierwszy wspólnie ze swą małżónką. Wiem ze nie jest Wam łatwo. Macie taki syndrom pustego gniazdka ale wierzę, że sobie poradźicie Jesteście kreatywni. Ja w święta będę o Was myślał w szcególnści. To, kim jestem i jaki jestm , zawdzięczam w dużej mierze Wam. Kocham Was i wesołch Świąt. Życzenia również dla Braciszków i Bratowch (odwidźcie Rodziców w Święt, uradują się ogromnie.)
Po drugie:
Moje Kochane Dziołchy z Golweyowa. Sabina, Natka i Paula. Spędzićie ten czas w Hiszpanii. Uważajcie na siebie, bawcie się dobrze, super podarków, i wesołych karpi:) Tęsknie za Wami. Wesołych Świąt.
Po trzecie:
Do Wszystkich moich Przyjaciół, Znajomych, Czytających tego bloga i Ludków wyżej wspomniach:
Zostawcie w święta swe problemy na uboczu. Wyrzucie je z głów i nie myślcie o nich .Spędzajcie wspólnie czas, (choć pewnie niektórzy wezmą plecak i gdzieś wyskoczą), biesiadujcie, zasiadjcie przy suto zastawionych stołach, wznoście puchary i kielichy, łamcie sie opłatkami, gawędzćie do poranka, odpakowujcie tony prezentów. Niech swięta będa dla Was radością i upłyną pod płaszcem Bachusa:)
Sorki że tak się rozpisałem ale przed świętami już nic nie napiszę. W Kalkucie umieszczę tylko fotki. W depozycie został tam kabel do transferu zdjęć. Poza tym będę tam trochę zajęty. Ostatnie zbieranie info o Kula Lumpur, sprawdzić plan zwiedzania Malezji, pakowanie. Następne niusy będą dopiero z Malezji:)))) Podążąm po nowe doświadczenia...... i kolejne miseczki ryżu:)
Mnie jednak (jak zawsze) interesuje codzienne życie tubylców. Tutejsza okolica to skupiska rzemieślników i wyrobników. Pełno tu rzeźbiarzy, wyrobników biżuterii, butów, torebek. A wszytsko dzieje się na ulicy i można napatrzeć się do woli. Ja mogę gapić sie godzinami. Życie takich Hindusów toczy się zupełnie innym rytmem i tempem, niż przeciętnego Europejczyka. Nie gnają nigdzie, nie spieszą się. Podpatzryłem trochę dzionek sklepikarza z ciuchami, którego obserwowałem z tarasu mojego hostelu. Pewnie uznacie że jestem walnięty . Pewnie tak. Rytm jego dnia wyznacza wschód i zachód słónca, jakby nie korzystał z zegarka. Tuż po wschodzie słońca, pojawia sie przy sklepie i rytaualnie go otwiera. Myślę że ja otworzył bym taki sklep w 5 min, jemu zajmuje to prawię godzinę. Otwiera metalową kratę, ściąga buty, wchodzi do środka. Pomalutku wynosi swój stołeczek i ciuchy które wiesza na specjalnych stojakach. Robi tak codziennie, te same ciuchy w tych samych miejscach. (3 min robty) Jemu zajmuje to mnóstwo czasu. Każdą rzecz staranie głaszcze i gładzi. Sprawdza kilkakrotnie czy jest idealnie. Następnie miotełka i zamiatanie. Po 5 minutach czyściutko, ale on nie kończy. Drepcze w kółko, sprawdza iks razy czy jest czysto. Next, zraszanie wodą placu pzred sklepem by się nie kurzyło. Ma do zroszenia z 2 metry kwadratowe, nie pytajcie ile mu tu zajmuje. Gdy rytuał otwierania sklepu dobiega do końca, siada na stolku i gapi się w ulice. Oczywiście szuka potencjalnych ofiar. Swoją drogą facet jest niezły. Nie zaczyna gadki od "łicz łan cantry" bo wtedy wie, że dupa. Natomaist zaczyna od" pięknie dziś pani wygląda, to pni ulobione kolory?? bardzo pani w nich do twarzy, a mam coś w pani stylu". Starsze panie łykają haczyk prawie zawsze, a jak już wejdziesz do sklepu to 3/4 sukcesu.
Na marginesie, kupownie ciuchów w Indiach jest ogromnie przyjemne. Wchodzisz do sklepu, ściągasz buty, siadasz na wygodnym dywaniku i zaczyna się show. Na wstępie zaznaczasz koleżce, że chcesz tylko t-sherta. "Of cours", po czym koleś pokazuje Ci stosy rzeczy: bluzy, spodnie, w różne wzorki, z różnych materiałow, (niektóre ciuchy są naprawdę genialne). Gdy się już naoglądasz i zaczynasz się już wnerwiać, prosisz kola o t-sherta. "Of corus my frend, letter, now just lock, raely good prize to You" I wszystko zaczyna się od początku. Myślę że zakupy podstawowych ciuchów dla 5 osobowej rodziny zajęły by miesiąc. Wracając jeszce do rytmu życia hindusów. Gadałem potem z tym sklepikarzem I coś zrozumiałem. On po prostu ma tylko ten sklep, który odziedziczył po ojcu. Nie ma nic innego do roboty, zupełnie nic. Po prostu nie ma żadnego wyboru, żadnej alternatywy, nigdy nie znajdzie innego zajęcia, innej pracy. Jedyne o co dba, to by codziennie sprzedać co kolwiek. I tak dzień w dzień, od wschodu do zachodu, prawie przez większość życia. Niesamowite.... Dobra już koniec tego bo pewnie Was to zanudza i ziewacie..
Jeszce kilka słów o dalszych planach podróży. Myślę po mału o powrocie. Niestety. Ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Kardynalny powód wcześniejszego powrotu to oczywiście kasa.(raczej jej brak) Budżet topnieje szybko, choć wierzcie mi, nie pływam tu w luksusach. Trochę frycowego zpałaciłem w New Dheli, i wiadomo transport, pozowlenia na tregingi, nurkownie, żarcie, gupi internet, wszytko kosztuje, czasem też się znieczulałem.....Teraz zaciskam pasa na wszystkim, wszytko najtańsze z najtańszego. Na ryż już nie mogę się gapić. Wczoraj śnił mi koszmar: nad moją głową fruwał ogromny schabowy a ja nie mogłem go złapać. Kurwa jak bym zobaczył w jakieś knajpie schabczaka z ziemniakami i mizerią do zapłacił bym nawet 50E i miał bym w dupie oszczędzanie... A propo oszczędzania. Tego posta piszę z Chennai. Wróciłem po południu na jedną noc bo rano 30godzinna podróż pociągiem do Kalkuty,(będzie koszmar). Szukam taniego hostelu w okolicy dworca, bo pociąg o 6 rano, nie chcę brać taksy ani rikszy. Pierwsza ulica za dworcem, hosteli i hotelików od groma. A tu suprajs, większość miejsc zajętych.(kto spędza czas w tak ochydnym mieście jak Chennai???). Wolne pokje w cenie 4 stów. Po 2 godzinach znajduję pokuj za 2stówy(3,5E). Jestem wykończony. Kapie ze mnie, plecak waży tone.. a najbardziej uprzykrzają szukania hotelu riksiarze. To najgorsza warstwa społeczna ludzi, mendy których nie znoszę. Przylepi się taki za Tobą i mendzi "łicz łan kantry, ai noł good plejs, czip, naj wiu" Zawsze grzcznie dziękuję, choć dziś nie wytrzymałem. Pozybawłem się jednego i zaraz pojawiało się 2 innych. Ostatniemu na pytanie "łicz łan kantry", odpowiedziałem "kurwa z koziej dupy". Co uszłyszałem? "Najs kantry" i dalej za mną drepcze. Wierzcie czasem można zwariować...
W Kalkucie 2 dni. Pakowanie, drobne zakupy. Lot do Malezji. Malezje wybrałem z powodów logistycznych. Z Malezji mam już tylko jeden kierunek podróży, północ. Miałem się piąć w górę do Tajlandii, Kambodży, Laos i Wietnam. Teraz już wiem że Malezja 3 tygodnie i 2 tygodnie Tajlandia.( tylko na tyle dostanę wize). Koniec. Razem daje to 5 tygodni, więc szukam tanich połączeń z Bankoku do Europy, w pierwszym tygodniu lutego. Sprawdzam setki połączeń. Najtaniej znalazłem Paryż za 450E a potem rayaner za 10E do dublina. Tu prośba jeśli ktoś znajdzie coś tańszego, niektórzy z Was grzebią w połączeniach lotniczych, dajcie znać w komentarzu.
Oczywiście oprócz o powrocie myślę o tym jak wrócić najpóżniej. Mam do kogo wracać (Rudowłosa Niwiasta świetnie się trzyma, choć nabucy sie na skeypie, i me 2 małe pociechy też), ale jak pomyśle słowo praca czuję poważny dyskomfort....Brrr Na statku ma się dużo wolnego czasu więć wymyśliłem dwie rzeczy. Po pierwsze mógłbym podjąc jakąś dorywczą pracę. Tu pojawia się problem. W Nowej Zelandii lub Australi pomysł nie gupi, bo da sie zarobić. W Indiach pracując dwa miesiące za barem, odóżył bym na Citylinka z Shannon do Golwyowa. Pomysł umarł. Drugim pomysłem jesteście Wy, Moi Drodzy Czytelnicy. Jeśli ktoś ma chęć wspomóc tą eskapade i dorzucić trzy grosze, proszę o kontak z Lenininem. Lemon po pierwsze jest naljepszym księgowym jakiego znam, (żyleta), żaden euracz mu nie umknie, jest solidny do bólu. Po drugie, wie co zrobić by forsa szybko znalazła się na moim koncie. Po trzecie, na statku poznałem baosmana, który trzy lata w Tybiecie zajmował się wróżbiarstwem. Wziął moją dłoń i powiedział " Just Lemon". Stary opatrzności i losowi nie wolno się sprzeciwiać (dobra po powrocie możesz mnie zabić) Oczywiście proszę tylko o pomoc. Jestem facetem honuoru. Do 3 tygdoni po powrocie oddam wszytsko. Tak naprawdę to szkoda mi tylko tego urlopu. Żadna firma i żaden inny boss nie da mi już 6 miesięcy urlopu. A propo Bossa, tu malutka wazelina. Szanowny Panie G. M. serdecznie dziekuję za ten miły gest i szerdecznie pozdrawiam. (Mam nadzieję że po powrocie znajdzie sie jakieś biureczko dla mnie na spawalni). Panowie zadbajcie by wazelnia dopłyneła do Bossa, (dzięki). To tyle. A jeden fact już troche mnie wspomógł. Napisałem maila i natychmiast pozytywna odpowiedź. Dzieki Stary stanąłeś na wyysokośći zadania, Wiesz to tylko forsa a ja Stary robie coś o czym marzyłem od dawna Dzięki. Moje marzenia trwają na dal.
Tak czy siak czekam na jakies niusy do końca grudnia. Idą święta, czas dzielenia się i dawania dobroci .Może dzięki Wam uda się mi dotaszycz do Kambodży, Na razie będzie cieżko dotrwać do Bankoku. I jeśli ktoś znajdzie tani lot z Tajlandii, na początek lutego dajcie koniecznie znać. Może da się cos zaoszczędzić na bilecie. Dobra a teraz sprawa ostatnia. Sprawą mojego tripa się nie przejmujcie. Wbrew pozorom jestem realistom i twardo stąpam po tej planecie. Powrót juz planuje, jak będzie tak będzie. Nie mozna mieć wszystkiego. Poza tym jak nie teraz, to póżniej. Wszystko ma swój czas.....
Sprawa najważniejsza. Świeta
Po pierwsze:
Kochani Rodzice. To Wasze pierwsze swięta w samotności. Adam będzie spędzał je po raz pierwszy wspólnie ze swą małżónką. Wiem ze nie jest Wam łatwo. Macie taki syndrom pustego gniazdka ale wierzę, że sobie poradźicie Jesteście kreatywni. Ja w święta będę o Was myślał w szcególnści. To, kim jestem i jaki jestm , zawdzięczam w dużej mierze Wam. Kocham Was i wesołch Świąt. Życzenia również dla Braciszków i Bratowch (odwidźcie Rodziców w Święt, uradują się ogromnie.)
Po drugie:
Moje Kochane Dziołchy z Golweyowa. Sabina, Natka i Paula. Spędzićie ten czas w Hiszpanii. Uważajcie na siebie, bawcie się dobrze, super podarków, i wesołych karpi:) Tęsknie za Wami. Wesołych Świąt.
Po trzecie:
Do Wszystkich moich Przyjaciół, Znajomych, Czytających tego bloga i Ludków wyżej wspomniach:
Zostawcie w święta swe problemy na uboczu. Wyrzucie je z głów i nie myślcie o nich .Spędzajcie wspólnie czas, (choć pewnie niektórzy wezmą plecak i gdzieś wyskoczą), biesiadujcie, zasiadjcie przy suto zastawionych stołach, wznoście puchary i kielichy, łamcie sie opłatkami, gawędzćie do poranka, odpakowujcie tony prezentów. Niech swięta będa dla Was radością i upłyną pod płaszcem Bachusa:)
Sorki że tak się rozpisałem ale przed świętami już nic nie napiszę. W Kalkucie umieszczę tylko fotki. W depozycie został tam kabel do transferu zdjęć. Poza tym będę tam trochę zajęty. Ostatnie zbieranie info o Kula Lumpur, sprawdzić plan zwiedzania Malezji, pakowanie. Następne niusy będą dopiero z Malezji:)))) Podążąm po nowe doświadczenia...... i kolejne miseczki ryżu:)
wtorek, 7 grudnia 2010
wiadomosći z Port Blair stolicy Andamanów
Dzień dobry Wszystkim, witam serdecznie ze stolicy Andamnów.
Sporo się wydarzyło przez te kilka dni mojej nieobecnosci, więc postaram się krótko i treściwie. Podróż morska minęła bardzo spokojnie. Oczywiście nie odbyło się bez przygód. W Kalkucie kupjąc bilet trzeba było wypełnić 2 stronicową aplikację. Na aplikacji były pozycje typu: kolor włosów, kolor oczu, wzrost, waga oraz kompeksy. Aplikacje muszą być zawsze całościowo wypełnionie, bo inaczej urzędas nie przyjmnie. A że z czytaniem po angielsku urzędasów różnie, wpisuję dla żartów w pozycji kompleksy " maly fiut". Koleżka ogląda uważnie aplikację, długo czyta, mówi "good, good" i drukuje mi bilet. Szybko zapominam o aplikacji, cztery dni do początku rejsu, więc szybko wypada mi to z głowy.
Dzień wypłynięcia. Wpadam do portu. Port cały obstawiony przez wojsko, pełno karbinerów, strasznie. W poczekalni z 5000 tubylców i ja jedyny białas. Wejście na statek tyko jedno, trzeba prześwietlic bagaże, jak na lotnisku. Tubylcy mają ze sobą tony różnego stafu: kufry, skrzynie, 50 kilowe wory. Myślę se że wpuszczenie takiej ilości ludzi, tak wąskim przejściem zajmie z 3 godziny. Zajmuje 5. Mieliśmy wypłynać o 16, jest 21, stoimy. Po minie wychodzi jakiś urzędas i mówi że mam mu oddać paszport, bo będziemy na wodach terytorialnych Bangladeszu i paszport musi być w depozycie na statku. Nie dam obcemu facetowi paszportu, mówie mu żeby spadał na drzewo. Kolo gada chwilę przez krótkofalowkę. Za dwie minuty pojawiają się przy mnie wojskowi, kilku krzykaczy i dwóch kolesi z załogi statku. W końcu oddaję paszport chyba jakiemuś oficerowi i ładuję się za nim na statek. Tam drugi kolo czeka już na mnie z aplikacją do wypełnienia. Ksero aplikacji którą wypełniałem przy zakupie leży już u niego na biurku. Biurakracja indyjska jest mega upierdliwa ale działa bez zarzutu. Wypełlniam aplkację a kolo mnie pyta "eksukjuzmi ser, wod is mind, maly fut". Myślę se jaki znowu maly flut ,a kolo pokazuje mi rubrykę kompleksy, a tam mój żart "maly fiut'. Wymyślam na szybko historyjkę że to taka alergia. Koleżka pyta czy mam na to lekastwo, "jasne ze mam", "good, good" .Dobra zostawiam paszport w depozycie, znajduję moją koje. Bunk class to dwa najniższe pokłady statku. Ogromne pomieszczenia, w każdym gdzieś po 50 koii, poustawianych w rzędach. Statek jest ogromny, niektórzy Hindusi do końca podróży nie mogą się połapać gdzie się znajdują. Nie za bardzo ich rozumię, bo statek jest dobrze oznaczony. W sumie 6 pokładow. 1 na samym dole, 6 na górze. Trzy kondygnacje schodów, które łączą wszystkie pokłady: na dziobie, śródokręciu i rufie. Między rufą a śródokreciem na każdym poziomie jest jadalnia. Cała filozfia statku ale niektórzy błądzą nawet w ostatni dzień. Podróż mija bardzo leniwie. Prowadzę bardzo interesujące rozmowy z tubylcami: "łicz łan kantry?, Poland, najs" i tak z 30 razy dziennie. Drugą konwersację prowadzę z koleżką który odbierał moją aplikację i zabrał mi paszport. Ten z koleji codzinnie mnie pyta "yor maly fut its ok, any problems?" - ok no prolem- " good, good". I tak pięć dni z rzędu. Główną atrakcją turystyczną statku jest basen na 6 pokładzie, w którym nie ma wody tylko kupa śmieci. Hindusi to straszne brudasy, wszystko rzucaja na ziemię. Po 5 dniach rejsu statek wygląda koszmarnie. Oczywiście są kubły na śmieci ale poza mną nikt ich nie używa. Są jeszcze dwie sale z telewizoarami w których na okrągło lecą boolywódzkie filmy. Hinusi mają w ogóle trzy pasje. Pierwsza to aplikacje,(nic nie da się zrobić bez aplikacji nawet skorzystac z internetu). Druga to hinduskie filmy. Niektórzy siedzą w tych salach po 12 godzin. Filmy produkcji indyjskiej są tak błyskotliwe, że " Śmierć w Wenecji" to przy tym mega film akci. Trzecią pasją hidusow jest ich muza, napierdalają z tel, aipodów całymi godzinami , (wszystko na tą samą modłę, hinduskie wycie, koszmar, disco polo przy tym to wyrafinowana muzyka). A ulubioną czynnością Hinusów jest plucie. Doprowadza mnie to do szalu. Ciagle harkają .Wszyscy: faceci, kobiety, młodzi. Masakra, plują na podłogę, w jadalniach, kiblu, coś strasznego.... Większośc czasu spędzam na gapieniu się w morze i pracę marynarzy i tak jakoś daję radę te 5 dni... W końcu ląduję w Port Blair a tu szybko przesiadam się na łódkę do Havelock, (2 godziny drogi). Tu pojawiają się pierwze problemy. Okazuje się, iż pierwszy statek powrotny do Kalkuty odpływa dopiero 18 grudnia, co oznacza że będzie tam dopiero 23. Dla mnie dupa bo 21 mam samolot do Malezji. Oczywiście bilet powrotnony starałem się już kupić w Kalkucie ale facet mowił "inpasybal"- całe Indie. Drugim mniejscem na kontynencie gdzie można dopłynąć z Andamanów jest Chinnai (stary Madras) ale to jest 1600 km od Kalkuty. Zostają jeszcze samoloty. Sprawdzam dziesiątki połączeń, wszędzie drogo ponad 150E. Wybieram drogę morską do Chinnai. Na havelok oczywiscie biletu kupić nie mogę, muszę się wrócic to Port Blair. Kurwa, czasami urzędasy potrafią zagtować mi krew w żyłach. Pytałem 3 razy w Port Blair czy na Havelock mozna kupic bilet do Cinnai- of cours, no probloem no bproblem. I co -gów.... Na Havelock bolek w okienku kręci łebkiem, rozkłada rączki i biadoli "inpasybal". Kurwa, czasem mam ochote ukręcić takiemu główkę.... Dobra wracam do Bort Blair i tu kupuje bilet do Chinnai. Statek odpływa 8 grudnia, więc mam jescze 4 dni. Chciałem jeszce popłynąć na Littel Andaman ale nie zdążę wrócić. Siedzę od 4 dni w tym zapyziałem miescie. Bort Blair swą architekturą i klimatem przypomina Rude Śl Chebzie. (chłopaki z rudy sorki). Brudne,walące się budynki, odpadający tynk, pełno baraków i domków ze sklejki i nie wiadomo czego. Na ulicach brud, syf, pełno śmieci. Wieczorami na ulice wyłażą szczury i cała masa robactwa.Tutejsze sklepy zawalone są tonami kiczu: palstikowe latarki, ceraty,kubki. Wszystko tandeta z najwyższej póły. Poza tym jest niezliczona ilość zakładów fryzjerskich i jubilerów. Za to w całym mieście są tylko trzty restauracje. "Restauracje" - szumnie nazwane. Kanciapy wielkości singiel roomu, w środku 2 stoliki, plastikowe stołki i plastikowe ceraty. Są również 2 bary. W jednym z nich byłem 10 min. Wierzcie mi, piłem w różnych spelunach ale czegoś tagiego nie widziałem. W srodku syf i smród nie do wytrzymania. Zero stołków, stolików. Wszyscy stoją, oczywisćie sami facei o wyglądzie zakapiurów i rzeźników. I wszyscy walą wóde z gwinta, kurwa zwariowałem. Koleżka podchodzi do baru, daje barmanowi forse, ten daje mu flaszke i delikwent ciągnie ile się da. I następny to samo....Tłok taki że nie da się wejść. Tubylcy drą się na całego, na podłodze pełno szkła, maskra... Knajpa morderców.... Wychodzę zdegustowany....To tyle o stolicy Andamanów
Teraz jeszce parę zdań o tym co porabiałem na Haveloku (byłem tam tydzień). Nie za wiele... Leżałem w hamaku rozpiętym między palmami, tuż nad samą plażą... Pływałem w lauzurowym, błękitnym morzu, szwędałem się po kilometrowych pięknych plażach.... piłem sok z kokosów... i w końcu nurkowałem. Andamany, to co mają najpiękniejszego, chowają pod wodą. Przepiękne, bajeczne, kolorowe, baśniowe, fantazmagoryczne rafy... Nurkowałem wśrod kolorowych ryb, przepięknych koralowców, żółwi.... Podwodny świat to inny wymiar rzeczywistości. Czujesz się jak Alicja w krainie czarów. Wszytko Cię zadizwia i zachwyca. Paleta kolorów zmienia się co sekundę, nie nadążałem z percepcją wszystkiego. Było wyjebiscie.......
Niestety każda przyjemnośc kosztuje. Mój budżet dośc poważnie się skurczył, ale wiecie, być na Andamnach i nie nurkować to tak jak być w Wileliczce i nie zobaczyć kopalni. Od 2 tygodni narzuciłem sobie dosyć rygorystyczne wymogi. Jeden ciepły posiłek dziennie, litr wody,nocleg w najtajszych norach, pól paczki fajek. Alko wypadło z list przyjemności. Ostati browar przyjąłem w Kalkucie.... Trzeba jakoś dotrwać do końca tego tripu. Najwięcej kasy schodzi na pociągi, autobusy, statki. Ale trzeba się jakoś przemieszczać.... Tułaczka w pojedynkę czasem jest upierdliwa. Jesteś gdzieś w obcym miejscu, zmęczony, szukasz jakieś miejscówy a tu żar z nieba, 30 stopni, a ty musisz się targować z riksiarzami, hotelarzami...uff czasem ma dość. Targowanie weszło mi w krew i jest jak codzienne mycie zębów. Targuję sie o wszystko, nocleg, przejazd, zakupy w sklepie. Nieraz zbijam ceny o 150%, ale i tak wiem że tubylcuy mnie rucha...... Czasem marzę o ciepłym prysznicu ( ostanią ciepłą wodę doswiadczyłem w Nepalu) i czystej pościeli... Ale co tam, wierzcie mi, warto znośić te niedogodności :)))
Jutro wypławm do Chinnai. Przepraszam że nie zamieszczam fotek. Przy szybkości transferu tutejszego netu zajęło by mi to z 2 tygodnie. Fotki umieszczę jak dotrę na kontynent.
Pozdrawiam Was wszystkich, dziękuje za odwiedziny bloga i za komentarze - bardzo przyjemne
do zobaczenia ze stałego lądu:)
Dzień wypłynięcia. Wpadam do portu. Port cały obstawiony przez wojsko, pełno karbinerów, strasznie. W poczekalni z 5000 tubylców i ja jedyny białas. Wejście na statek tyko jedno, trzeba prześwietlic bagaże, jak na lotnisku. Tubylcy mają ze sobą tony różnego stafu: kufry, skrzynie, 50 kilowe wory. Myślę se że wpuszczenie takiej ilości ludzi, tak wąskim przejściem zajmie z 3 godziny. Zajmuje 5. Mieliśmy wypłynać o 16, jest 21, stoimy. Po minie wychodzi jakiś urzędas i mówi że mam mu oddać paszport, bo będziemy na wodach terytorialnych Bangladeszu i paszport musi być w depozycie na statku. Nie dam obcemu facetowi paszportu, mówie mu żeby spadał na drzewo. Kolo gada chwilę przez krótkofalowkę. Za dwie minuty pojawiają się przy mnie wojskowi, kilku krzykaczy i dwóch kolesi z załogi statku. W końcu oddaję paszport chyba jakiemuś oficerowi i ładuję się za nim na statek. Tam drugi kolo czeka już na mnie z aplikacją do wypełnienia. Ksero aplikacji którą wypełniałem przy zakupie leży już u niego na biurku. Biurakracja indyjska jest mega upierdliwa ale działa bez zarzutu. Wypełlniam aplkację a kolo mnie pyta "eksukjuzmi ser, wod is mind, maly fut". Myślę se jaki znowu maly flut ,a kolo pokazuje mi rubrykę kompleksy, a tam mój żart "maly fiut'. Wymyślam na szybko historyjkę że to taka alergia. Koleżka pyta czy mam na to lekastwo, "jasne ze mam", "good, good" .Dobra zostawiam paszport w depozycie, znajduję moją koje. Bunk class to dwa najniższe pokłady statku. Ogromne pomieszczenia, w każdym gdzieś po 50 koii, poustawianych w rzędach. Statek jest ogromny, niektórzy Hindusi do końca podróży nie mogą się połapać gdzie się znajdują. Nie za bardzo ich rozumię, bo statek jest dobrze oznaczony. W sumie 6 pokładow. 1 na samym dole, 6 na górze. Trzy kondygnacje schodów, które łączą wszystkie pokłady: na dziobie, śródokręciu i rufie. Między rufą a śródokreciem na każdym poziomie jest jadalnia. Cała filozfia statku ale niektórzy błądzą nawet w ostatni dzień. Podróż mija bardzo leniwie. Prowadzę bardzo interesujące rozmowy z tubylcami: "łicz łan kantry?, Poland, najs" i tak z 30 razy dziennie. Drugą konwersację prowadzę z koleżką który odbierał moją aplikację i zabrał mi paszport. Ten z koleji codzinnie mnie pyta "yor maly fut its ok, any problems?" - ok no prolem- " good, good". I tak pięć dni z rzędu. Główną atrakcją turystyczną statku jest basen na 6 pokładzie, w którym nie ma wody tylko kupa śmieci. Hindusi to straszne brudasy, wszystko rzucaja na ziemię. Po 5 dniach rejsu statek wygląda koszmarnie. Oczywiście są kubły na śmieci ale poza mną nikt ich nie używa. Są jeszcze dwie sale z telewizoarami w których na okrągło lecą boolywódzkie filmy. Hinusi mają w ogóle trzy pasje. Pierwsza to aplikacje,(nic nie da się zrobić bez aplikacji nawet skorzystac z internetu). Druga to hinduskie filmy. Niektórzy siedzą w tych salach po 12 godzin. Filmy produkcji indyjskiej są tak błyskotliwe, że " Śmierć w Wenecji" to przy tym mega film akci. Trzecią pasją hidusow jest ich muza, napierdalają z tel, aipodów całymi godzinami , (wszystko na tą samą modłę, hinduskie wycie, koszmar, disco polo przy tym to wyrafinowana muzyka). A ulubioną czynnością Hinusów jest plucie. Doprowadza mnie to do szalu. Ciagle harkają .Wszyscy: faceci, kobiety, młodzi. Masakra, plują na podłogę, w jadalniach, kiblu, coś strasznego.... Większośc czasu spędzam na gapieniu się w morze i pracę marynarzy i tak jakoś daję radę te 5 dni... W końcu ląduję w Port Blair a tu szybko przesiadam się na łódkę do Havelock, (2 godziny drogi). Tu pojawiają się pierwze problemy. Okazuje się, iż pierwszy statek powrotny do Kalkuty odpływa dopiero 18 grudnia, co oznacza że będzie tam dopiero 23. Dla mnie dupa bo 21 mam samolot do Malezji. Oczywiście bilet powrotnony starałem się już kupić w Kalkucie ale facet mowił "inpasybal"- całe Indie. Drugim mniejscem na kontynencie gdzie można dopłynąć z Andamanów jest Chinnai (stary Madras) ale to jest 1600 km od Kalkuty. Zostają jeszcze samoloty. Sprawdzam dziesiątki połączeń, wszędzie drogo ponad 150E. Wybieram drogę morską do Chinnai. Na havelok oczywiscie biletu kupić nie mogę, muszę się wrócic to Port Blair. Kurwa, czasami urzędasy potrafią zagtować mi krew w żyłach. Pytałem 3 razy w Port Blair czy na Havelock mozna kupic bilet do Cinnai- of cours, no probloem no bproblem. I co -gów.... Na Havelock bolek w okienku kręci łebkiem, rozkłada rączki i biadoli "inpasybal". Kurwa, czasem mam ochote ukręcić takiemu główkę.... Dobra wracam do Bort Blair i tu kupuje bilet do Chinnai. Statek odpływa 8 grudnia, więc mam jescze 4 dni. Chciałem jeszce popłynąć na Littel Andaman ale nie zdążę wrócić. Siedzę od 4 dni w tym zapyziałem miescie. Bort Blair swą architekturą i klimatem przypomina Rude Śl Chebzie. (chłopaki z rudy sorki). Brudne,walące się budynki, odpadający tynk, pełno baraków i domków ze sklejki i nie wiadomo czego. Na ulicach brud, syf, pełno śmieci. Wieczorami na ulice wyłażą szczury i cała masa robactwa.Tutejsze sklepy zawalone są tonami kiczu: palstikowe latarki, ceraty,kubki. Wszystko tandeta z najwyższej póły. Poza tym jest niezliczona ilość zakładów fryzjerskich i jubilerów. Za to w całym mieście są tylko trzty restauracje. "Restauracje" - szumnie nazwane. Kanciapy wielkości singiel roomu, w środku 2 stoliki, plastikowe stołki i plastikowe ceraty. Są również 2 bary. W jednym z nich byłem 10 min. Wierzcie mi, piłem w różnych spelunach ale czegoś tagiego nie widziałem. W srodku syf i smród nie do wytrzymania. Zero stołków, stolików. Wszyscy stoją, oczywisćie sami facei o wyglądzie zakapiurów i rzeźników. I wszyscy walą wóde z gwinta, kurwa zwariowałem. Koleżka podchodzi do baru, daje barmanowi forse, ten daje mu flaszke i delikwent ciągnie ile się da. I następny to samo....Tłok taki że nie da się wejść. Tubylcy drą się na całego, na podłodze pełno szkła, maskra... Knajpa morderców.... Wychodzę zdegustowany....To tyle o stolicy Andamanów
Teraz jeszce parę zdań o tym co porabiałem na Haveloku (byłem tam tydzień). Nie za wiele... Leżałem w hamaku rozpiętym między palmami, tuż nad samą plażą... Pływałem w lauzurowym, błękitnym morzu, szwędałem się po kilometrowych pięknych plażach.... piłem sok z kokosów... i w końcu nurkowałem. Andamany, to co mają najpiękniejszego, chowają pod wodą. Przepiękne, bajeczne, kolorowe, baśniowe, fantazmagoryczne rafy... Nurkowałem wśrod kolorowych ryb, przepięknych koralowców, żółwi.... Podwodny świat to inny wymiar rzeczywistości. Czujesz się jak Alicja w krainie czarów. Wszytko Cię zadizwia i zachwyca. Paleta kolorów zmienia się co sekundę, nie nadążałem z percepcją wszystkiego. Było wyjebiscie.......
Niestety każda przyjemnośc kosztuje. Mój budżet dośc poważnie się skurczył, ale wiecie, być na Andamnach i nie nurkować to tak jak być w Wileliczce i nie zobaczyć kopalni. Od 2 tygodni narzuciłem sobie dosyć rygorystyczne wymogi. Jeden ciepły posiłek dziennie, litr wody,nocleg w najtajszych norach, pól paczki fajek. Alko wypadło z list przyjemności. Ostati browar przyjąłem w Kalkucie.... Trzeba jakoś dotrwać do końca tego tripu. Najwięcej kasy schodzi na pociągi, autobusy, statki. Ale trzeba się jakoś przemieszczać.... Tułaczka w pojedynkę czasem jest upierdliwa. Jesteś gdzieś w obcym miejscu, zmęczony, szukasz jakieś miejscówy a tu żar z nieba, 30 stopni, a ty musisz się targować z riksiarzami, hotelarzami...uff czasem ma dość. Targowanie weszło mi w krew i jest jak codzienne mycie zębów. Targuję sie o wszystko, nocleg, przejazd, zakupy w sklepie. Nieraz zbijam ceny o 150%, ale i tak wiem że tubylcuy mnie rucha...... Czasem marzę o ciepłym prysznicu ( ostanią ciepłą wodę doswiadczyłem w Nepalu) i czystej pościeli... Ale co tam, wierzcie mi, warto znośić te niedogodności :)))
Jutro wypławm do Chinnai. Przepraszam że nie zamieszczam fotek. Przy szybkości transferu tutejszego netu zajęło by mi to z 2 tygodnie. Fotki umieszczę jak dotrę na kontynent.
Pozdrawiam Was wszystkich, dziękuje za odwiedziny bloga i za komentarze - bardzo przyjemne
do zobaczenia ze stałego lądu:)
poniedziałek, 22 listopada 2010
kalkuta
Witam Wszystkich Czytelników Bloga:)
Jutro wyruszam w morską podróż:) O Andamanch piszą paradis.... Zobaczymy. Mam plan ponurkować w fantazmagorycznych raf, które są tam dostępne, pobyczyć się na gorącym piasku, patrzeć w lazurowe morze, i pić drinki z palemkami:) Laptopa nie zabieram bo internet tam nie funkcjonuje, więc nie będzie mnie gdzieś przez 20 dni. Muszę wrócić przed 21 bo mam samolot do Kulu Lumpur, Święta chciałem spędzić w Tajlandii, a będę w Malezji... Po powrocie zdam relacje i zostawię foty.
Pozdrawiam Wszystkich, bardzo dziękuję za komentarze...
P.s. Drogi Stasiu i Zosiu. Momo rzeczywiście palce lizać. Dziękuję za chęć pomocy, ale mój trip to wielka niewiadoma i pełna improwizacja:) W razie W na pewno dam znać....
Do zobaczenia after Andaman........
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Kalkuta?authkey=Gv1sRgCNTchsmYsefRTQ#
Dziś mój ostatni dzień w Kalkucie. Jestem tu od 5 dni a dopiero dziś zabieram się za pisanie. Już wyjaśniam tą kilkudniową przerwę. Podróż z Kathmandu trwała prawie 40 godzin i strasznie mnie wykończyła. Składała się z trzech etapów. Pierwszy: 9godzin autobusem z Nepalu do Kaligari, granicznego przejścia w górach. Miałem jechać liniami autobusowymi o wdzięcznej nazwie "All Nepal Jum". Wpadam na dworzec i szukam mojego busa. Na dworcu pełno tubylców, wszyscy drą mordy, jeden przez drugiego,panuje straszny chaos. Na dworcu otwarte 3 kasy. Do każdej ogromne kolejki, ciesze się że kupiłem bilet w agencji. Oczywiście do każdej kasy, stoją z trzy, cztery kolejki, które zbiegają się przy okienku. Mega bajzel. Tu czeka mnie pierwsza niespodzianka. Do granicy indyjskiej odjeżdża 7 autobusów lecz żaden nie nazywa się tak pięknie jak mój. Łażę od busa do busa pokazuje bilet ale nikt mnie nie chce puścić do środka. Do odjazdu zostało z 25 min a ja jestem w marnej dupie. Nagle podchodzi do mnie hindus, wyrywa mi bilet, dokładnie go ogląda i mówi ze mi pomoże. Facet ma z metr dziewiędziesiąt, wyglądamy jak Dawid i Goliat. Goliat obraca się na pięcie i przebija się do kasy. Z jego posturą nie sprawia mu tu żadnych problemów. Ledwo za nim nadążam z tym cholernym plecakiem.Wydziera się na kasjera chwile krzyczą na siebie, kasjer kreśli jakieś liczby na moiem bilecie, które otwierają mi drzwi do jednego z autobusów. Goliat odprowadza mnie pod autobus i odchodzi. Miły facet, ale nie chciał bym go spotkać w innych okolicznościach:) Autobus jest w połowie pusty co nie wróży dobrze. Moje przeczucia się sprawdzają. Napełnianie busa tubylcami, trwa 2 godziny. Odjeżdżam z 3 godzinnym opóźnieniem. Podróż zamiast 9 trwał 13 godzin. Normalka, nie rusza już mnie to. Wiadomo co chwile postuj,jedni wchodzą, drudzy wychodzą. Do granicy dojeżdżam o 10 rano. Jestem padnięty, w autobusie nie zmrużyłem oka. Całą drogę z głośników napierdalała muza w stylu disco polo w zwolnionym tempie. Myślałem że oszaleje, ale tubylcy są absolutnymi fanami tej muzy. Szukam biura emigracyjnego, wypełniam papiery i przekraczam granice. Biuro emigracyjne po indyjskiej stronie znajduje się 2 kilometry dalej. Wale z buta, mijam mnóstwo budynków ale emigracyjnego nie widać. Na końcu drogi widzę jakiś rozwalającą się budę. Myślałem że to kibel i moge się odlać a tu proszę oto urząd emigracyjny. W środku zaspany gość daje mi aplikacje i załatwiam formalności. Dobra jestem na legalu ponownie w Indiach. Etap drugi. Teraz znaleźć dżipa do Jalpaigurui, skąd odchodzi mój autobus. Ostre targowanie i za 3E, jadę dżipem prawie 100 km:). Dojeżdzam do dworca. Oczy mam na zapałkach a do pociągu jeszcze pięć godzin. Z nieb oczywiście kapie niemiłośierny żar. Wypijam mnóstwo kawy. O 17 w końcu pociąg, ładuję się do środka. Trzeci etap 13 godzin w pociągu. W przedziale jadę z gromadą dzieciaków, które gadają do północy więc znów nic ze spania. O 9 rano jestem w Kalkucie. Na dworcu spotykam Niemca, Matheusa. Bierzemy razem taxe, i jedziemy na sudder street. Matcheus jest tu do 22 i wraca na dworzec w dalszą podróż. Ja znajduję tani hotel i wale się spać. Mam za sobą 1500 km i jestem wykończony. Po południ z M. pijemy browarki, więc w hotelowym pokoju zasypiam błyskawicznie.Wstaję około 10 a tu suprajs. Pierwszy raz dostałem zatruci pokarmowego. Cały dzień rzygam, a zwieracze napierają co chwila. Dwa dni nie ruszam się z pokoju. Piję wodę i jem krakersy. Gdyby nie laptop umarł bym z nudów. Na trzeci dzień następuje poprawa. Natychmiast udaję się do oficjalnej agencji morskiej i kupuję najtańszy bilet na Andamany. Mój ship nazywa się NICOBAR. Będę spał w ładowni przerobionej na noclegownie. Kiepsko to brzmi, ale kajuty były 2 razy droższe. Mój budżet się kurczy więc oszczędzam na wszystkim. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić tę morską podróż, to aż 4 doby i trzeba mieć własny prowiant. Myślę że będzie niezła jazda. Resztę czasu w Kalkucie spędzam na szwędaniu się po ulicach i pstrykaniu fotek. Kalkuta to kolos, ogromna metropolia w której żyje prawi 20 mln ludzi. To dziewiąte skupisko stonki na świecie. To miasto to mozaika kontrastów gdzie wszelkie
przeciwieństwa egzystują wspólnie jako nierozerwalna całość. To multikuturowy motłoch. Pierwsze co rzuca się w oczy to brud. Na ulicach pełno śmieci, czasami smród nie do zniesienia. Ogromne kolonialne angielskie budynki, obdarte z tynków, bez okien. I nagle między tym wyrasta czterogwiazdkowy hotel, w szkle,w marmurach, z klimą, elegancka restauracja... A zaraz obok kobiety z dziećmi w stertach śmieci szukają czegokolwiek: jedzenia, jakiś przydatnych rzeczy.... Urządzają sobie między kartonami noclegowisko na kolejną noc....Wszędzie wałęsają się psy... Na ulicach gwar, pełno taksówek, rikszy..... Tak postrzegam to miasto, takie mam odczucia i impresje.Jutro wyruszam w morską podróż:) O Andamanch piszą paradis.... Zobaczymy. Mam plan ponurkować w fantazmagorycznych raf, które są tam dostępne, pobyczyć się na gorącym piasku, patrzeć w lazurowe morze, i pić drinki z palemkami:) Laptopa nie zabieram bo internet tam nie funkcjonuje, więc nie będzie mnie gdzieś przez 20 dni. Muszę wrócić przed 21 bo mam samolot do Kulu Lumpur, Święta chciałem spędzić w Tajlandii, a będę w Malezji... Po powrocie zdam relacje i zostawię foty.
Pozdrawiam Wszystkich, bardzo dziękuję za komentarze...
P.s. Drogi Stasiu i Zosiu. Momo rzeczywiście palce lizać. Dziękuję za chęć pomocy, ale mój trip to wielka niewiadoma i pełna improwizacja:) W razie W na pewno dam znać....
Do zobaczenia after Andaman........
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Kalkuta?authkey=Gv1sRgCNTchsmYsefRTQ#
niedziela, 14 listopada 2010
Kathmandu
Dzień dobry Wszystkim:)
Witam po paru dniach przerwy. Od 3 jestem w nepalskiej stolic. Same miasto jakoś nie urzeka, ale Thamel (turystyczna dzielnica w której mieszkam), i stare miasto są piękne. W pierwszą noc spotykam Monie i Maćka których poznałem na szlaku. Okazuje się iż jutro wracają do Polski. No więc, pożegnalna impreza. Rozgrzewka u MiM w hotelu. Mała buteleczka i nie tak malutki joint. Następnie przenosimy się do uroczej knajpki o wdzięcznej nazwie Fullmoon. Gawędzimy do 1 o tym co nas spotkało w górach, MiM skakali na bandzo z 165m (drugi co do długości skok na świecie, koszt 60$, nie korzystam), opowiadają o wrażeniach skoku. W pabie, muzycznie króluje rege i Bob M. Zmęczenie materiału daje znać po pólnocy, żegnamy się i spać....
Dwa kolejne dni szwędam się po Kathmanu, łaże uliczkami, pstrykam foty. Łapie jakiegoś doła, nic mi się nie chce... Ostatni wieczór zarządzam tur de bar. Podczas wieczoru w jednej z kafejek ucinam miłą pogawędkę z barmanem. Koleś mówi mi że miesięcznie zarabia 30e, jego godzinowa stawka wynosi 16 centów!!! Co Wy na to panowie z Thermo??? :)
Jutro kończy mi się nepalska wiza. Za 2 godziny ruszam do Indii. Najpierw 9 godziny autobusem (wiem ze będzie około 12-13). Potem 2 godziny jeepem (przejście graniczne jest w górach). Następnie 20 godzin jazdy pociągiem do Kalkuty. Więc czeka mnie 2 dni uciążliwej podróży. Z Kalkuty ruszam na dwa,trzy tygodnie na Andamany. Ponoć raj na ziemi, 560 wysepek w zatoce bengalskiej. Następnie samolot do Malezji.... Taki jest plan. Co z tego wyniknie, zobaczymy.....
Zostawiam kilka fotek i Wszystkich pozdrawiam. Następny post z Kalkuty.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Kathmandu?authkey=Gv1sRgCM77rv-zytmGYw#
Dwa kolejne dni szwędam się po Kathmanu, łaże uliczkami, pstrykam foty. Łapie jakiegoś doła, nic mi się nie chce... Ostatni wieczór zarządzam tur de bar. Podczas wieczoru w jednej z kafejek ucinam miłą pogawędkę z barmanem. Koleś mówi mi że miesięcznie zarabia 30e, jego godzinowa stawka wynosi 16 centów!!! Co Wy na to panowie z Thermo??? :)
Jutro kończy mi się nepalska wiza. Za 2 godziny ruszam do Indii. Najpierw 9 godziny autobusem (wiem ze będzie około 12-13). Potem 2 godziny jeepem (przejście graniczne jest w górach). Następnie 20 godzin jazdy pociągiem do Kalkuty. Więc czeka mnie 2 dni uciążliwej podróży. Z Kalkuty ruszam na dwa,trzy tygodnie na Andamany. Ponoć raj na ziemi, 560 wysepek w zatoce bengalskiej. Następnie samolot do Malezji.... Taki jest plan. Co z tego wyniknie, zobaczymy.....
Zostawiam kilka fotek i Wszystkich pozdrawiam. Następny post z Kalkuty.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Kathmandu?authkey=Gv1sRgCM77rv-zytmGYw#
Subskrybuj:
Posty (Atom)