foty

wtorek, 7 grudnia 2010

wiadomosći z Port Blair stolicy Andamanów

Dzień dobry Wszystkim, witam serdecznie ze stolicy Andamnów.
Sporo się wydarzyło przez te kilka dni mojej nieobecnosci, więc postaram się krótko i treściwie. Podróż morska minęła bardzo spokojnie. Oczywiście nie odbyło się bez przygód. W Kalkucie kupjąc bilet trzeba było wypełnić 2 stronicową aplikację. Na aplikacji były pozycje typu: kolor włosów, kolor oczu, wzrost, waga oraz kompeksy. Aplikacje muszą być zawsze całościowo wypełnionie, bo inaczej urzędas nie przyjmnie. A że z czytaniem po angielsku urzędasów różnie, wpisuję dla żartów w pozycji kompleksy " maly fiut". Koleżka ogląda uważnie aplikację, długo czyta, mówi "good, good" i drukuje mi bilet. Szybko zapominam o aplikacji, cztery dni do początku rejsu, więc szybko wypada mi to z głowy.
         Dzień wypłynięcia. Wpadam do portu. Port cały obstawiony przez wojsko, pełno karbinerów, strasznie. W poczekalni z 5000 tubylców i ja jedyny białas. Wejście na statek tyko jedno, trzeba prześwietlic bagaże, jak na lotnisku. Tubylcy mają ze sobą tony różnego stafu: kufry, skrzynie, 50 kilowe wory. Myślę se że wpuszczenie takiej ilości ludzi, tak wąskim przejściem zajmie z 3 godziny. Zajmuje 5. Mieliśmy wypłynać o 16,  jest 21, stoimy. Po minie wychodzi jakiś urzędas i mówi że mam mu oddać paszport, bo będziemy na wodach terytorialnych Bangladeszu i paszport musi być w depozycie na statku. Nie dam obcemu facetowi paszportu, mówie mu żeby spadał na drzewo. Kolo gada chwilę przez krótkofalowkę. Za dwie minuty pojawiają się przy mnie wojskowi, kilku krzykaczy i dwóch kolesi z załogi statku. W końcu oddaję paszport chyba jakiemuś oficerowi i ładuję się za nim na statek. Tam drugi kolo czeka już na mnie z aplikacją do wypełnienia. Ksero aplikacji którą wypełniałem przy zakupie leży już u niego na biurku. Biurakracja indyjska jest mega upierdliwa ale działa bez zarzutu. Wypełlniam aplkację a kolo mnie pyta "eksukjuzmi ser, wod is mind, maly fut". Myślę se jaki znowu maly flut ,a kolo pokazuje mi rubrykę kompleksy, a tam mój żart "maly fiut'. Wymyślam na szybko historyjkę że to taka alergia. Koleżka pyta czy mam na to lekastwo, "jasne ze mam", "good, good" .Dobra zostawiam paszport w depozycie, znajduję moją koje. Bunk class to dwa najniższe pokłady statku. Ogromne pomieszczenia, w każdym gdzieś po 50 koii, poustawianych w rzędach. Statek jest ogromny, niektórzy Hindusi do końca podróży nie mogą się połapać gdzie się znajdują. Nie za bardzo ich rozumię, bo statek jest dobrze oznaczony. W sumie 6 pokładow. 1 na samym dole, 6 na górze. Trzy kondygnacje schodów, które łączą wszystkie pokłady: na dziobie, śródokręciu i rufie. Między rufą a śródokreciem na każdym poziomie jest jadalnia. Cała filozfia statku ale niektórzy błądzą nawet w ostatni dzień.  Podróż mija bardzo leniwie. Prowadzę bardzo interesujące rozmowy z tubylcami: "łicz łan kantry?, Poland, najs" i tak z 30 razy dziennie. Drugą konwersację prowadzę z koleżką który odbierał moją aplikację i zabrał mi paszport. Ten z koleji codzinnie mnie pyta "yor maly fut its ok, any problems?" - ok no prolem- " good, good".  I tak pięć dni z rzędu. Główną atrakcją turystyczną statku jest basen na 6 pokładzie, w którym nie ma wody tylko kupa śmieci. Hindusi to straszne brudasy, wszystko rzucaja na ziemię. Po 5 dniach rejsu statek wygląda koszmarnie. Oczywiście są kubły na śmieci ale poza mną nikt ich nie używa. Są jeszcze dwie sale z telewizoarami w których na okrągło lecą boolywódzkie filmy.  Hinusi mają w ogóle trzy pasje. Pierwsza to aplikacje,(nic nie da się zrobić bez aplikacji nawet skorzystac z internetu). Druga to hinduskie filmy. Niektórzy siedzą w tych salach po 12 godzin. Filmy produkcji indyjskiej są tak błyskotliwe, że " Śmierć w Wenecji" to przy tym mega film akci. Trzecią pasją hidusow jest ich muza, napierdalają z tel, aipodów całymi godzinami , (wszystko na tą samą modłę, hinduskie wycie, koszmar, disco polo przy tym to wyrafinowana muzyka). A ulubioną czynnością Hinusów jest plucie. Doprowadza mnie to do szalu. Ciagle harkają .Wszyscy: faceci, kobiety, młodzi. Masakra, plują na podłogę, w jadalniach, kiblu, coś strasznego.... Większośc czasu spędzam na gapieniu się w morze i pracę marynarzy i tak jakoś daję radę te 5 dni... W końcu ląduję w Port Blair a  tu szybko przesiadam się na łódkę do Havelock, (2 godziny drogi). Tu pojawiają się pierwze problemy. Okazuje się, iż pierwszy statek powrotny  do Kalkuty odpływa dopiero 18 grudnia, co oznacza że będzie tam dopiero 23. Dla mnie dupa bo 21 mam samolot do Malezji. Oczywiście bilet powrotnony starałem się już kupić w Kalkucie ale facet mowił "inpasybal"- całe Indie.  Drugim mniejscem na kontynencie gdzie można dopłynąć z Andamanów jest Chinnai (stary Madras) ale to jest 1600 km od Kalkuty. Zostają jeszcze samoloty. Sprawdzam dziesiątki połączeń, wszędzie drogo ponad 150E. Wybieram drogę morską do Chinnai. Na havelok oczywiscie biletu kupić nie mogę, muszę się wrócic to Port Blair. Kurwa, czasami urzędasy potrafią zagtować mi krew w żyłach. Pytałem 3 razy w Port Blair czy na Havelock mozna kupic bilet do Cinnai- of cours, no probloem no bproblem. I co -gów.... Na Havelock bolek w okienku kręci łebkiem, rozkłada rączki i biadoli "inpasybal". Kurwa, czasem mam ochote ukręcić takiemu główkę.... Dobra wracam do Bort Blair i tu kupuje bilet do Chinnai. Statek odpływa 8 grudnia, więc mam jescze 4 dni. Chciałem jeszce popłynąć na Littel Andaman ale nie zdążę wrócić. Siedzę od 4 dni w tym zapyziałem miescie. Bort Blair swą architekturą i klimatem przypomina Rude Śl Chebzie. (chłopaki z rudy sorki).  Brudne,walące się budynki, odpadający tynk, pełno baraków i domków ze sklejki i nie wiadomo czego. Na ulicach brud, syf, pełno śmieci. Wieczorami na ulice wyłażą szczury i cała masa robactwa.Tutejsze sklepy zawalone są tonami kiczu: palstikowe latarki, ceraty,kubki. Wszystko  tandeta z najwyższej póły. Poza tym jest niezliczona ilość zakładów fryzjerskich i jubilerów. Za to w całym mieście są tylko trzty restauracje. "Restauracje" - szumnie nazwane. Kanciapy wielkości singiel roomu, w środku 2 stoliki, plastikowe stołki i plastikowe ceraty. Są również 2 bary. W jednym z nich byłem 10 min. Wierzcie mi, piłem w różnych spelunach ale czegoś tagiego nie widziałem. W srodku syf i smród nie do wytrzymania. Zero stołków, stolików. Wszyscy stoją, oczywisćie sami facei o wyglądzie zakapiurów i rzeźników. I wszyscy walą wóde z gwinta, kurwa zwariowałem. Koleżka podchodzi do baru, daje barmanowi forse, ten daje mu flaszke i delikwent ciągnie ile się da. I następny to samo....Tłok taki że nie da się wejść. Tubylcy drą się na całego, na podłodze pełno szkła, maskra... Knajpa morderców.... Wychodzę zdegustowany....To tyle o stolicy Andamanów
Teraz jeszce parę zdań o tym co porabiałem na Haveloku (byłem tam tydzień). Nie za wiele... Leżałem w hamaku rozpiętym między palmami, tuż nad samą plażą... Pływałem w lauzurowym, błękitnym morzu, szwędałem się po kilometrowych pięknych plażach.... piłem sok z kokosów... i w końcu nurkowałem. Andamany, to co mają najpiękniejszego, chowają pod wodą.  Przepiękne, bajeczne, kolorowe, baśniowe, fantazmagoryczne rafy... Nurkowałem wśrod kolorowych ryb, przepięknych koralowców, żółwi.... Podwodny świat to inny wymiar rzeczywistości. Czujesz się jak Alicja w krainie czarów. Wszytko Cię zadizwia i zachwyca. Paleta kolorów zmienia się co sekundę, nie nadążałem z percepcją wszystkiego. Było wyjebiscie.......
Niestety każda przyjemnośc kosztuje. Mój budżet dośc poważnie się skurczył, ale wiecie, być na Andamnach i nie nurkować to tak jak być w  Wileliczce i nie zobaczyć kopalni. Od 2 tygodni narzuciłem sobie dosyć rygorystyczne wymogi. Jeden ciepły posiłek dziennie, litr wody,nocleg w najtajszych norach, pól paczki fajek. Alko wypadło z list przyjemności. Ostati browar przyjąłem w Kalkucie.... Trzeba jakoś dotrwać  do końca tego tripu. Najwięcej kasy schodzi na pociągi, autobusy, statki. Ale trzeba się jakoś przemieszczać.... Tułaczka w pojedynkę czasem jest upierdliwa. Jesteś gdzieś w obcym miejscu, zmęczony, szukasz jakieś miejscówy a tu żar z nieba, 30 stopni, a ty musisz się targować z riksiarzami, hotelarzami...uff czasem ma dość. Targowanie weszło mi w krew i jest jak codzienne mycie zębów. Targuję sie o wszystko, nocleg, przejazd, zakupy w sklepie. Nieraz zbijam ceny o 150%, ale i tak wiem że tubylcuy mnie rucha...... Czasem marzę o ciepłym prysznicu ( ostanią ciepłą wodę doswiadczyłem w Nepalu) i czystej pościeli... Ale co tam, wierzcie mi, warto znośić te niedogodności :)))
Jutro wypławm do Chinnai.  Przepraszam że nie zamieszczam fotek. Przy szybkości transferu tutejszego netu zajęło by mi to z 2 tygodnie. Fotki umieszczę jak dotrę na kontynent.
Pozdrawiam Was wszystkich, dziękuje za odwiedziny bloga i za komentarze - bardzo przyjemne
do zobaczenia ze stałego lądu:)

2 komentarze:

  1. Hej Krisolku! Pozdrówka z Galwayowa. Jak zdróweczko. Fajnie że udało Ci się zasmakować nurkowania i to jeszcze w tak pięknym miejscu. Tu mogę chyba napisać, że doskonale rozumiem Twój zachwyt, bo wiem co to za uczucie być tam pod wodą w tym innym świecie kolorów i zwierząt. Tęsknimy już tu trochę za Tobą. Trzymaj się cieplutko ... i nie bądź taki zakompleksiony hihi...

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam Cie, Krzysiu ! My, jak wiesz, trochę porównujemy nasze wrażenia z tamtych stron z Twoimi, ale tym wpisem toś nas przygwoździł do dna, bo czegoś takiego to nie udało nam się przeżyć ! Myśmy tam byli sporo lat za późno i nie wszystko już było dla nas realizacyjne. Myślę z zazdrością o Twojej wizycie w lokalnym barze - mordowni, Zosia pewno nie, ale ja chętnie bym tam wszedł na chwile, poczuć atmosferę (a raczej smród...)Krzysiu, Nagroda Nobla dla Ciebie za poczucie humoru ! Dowodzisz swoimi tekstami, ze jesteś "kimś" Brawo i dziękujemy ! Stach i Zosia B.

    OdpowiedzUsuń