Witam Wszystkich po 3 tygodniowej przerwie. Wczoraj rano wróciłem z gór i ładowałem akumulatory:) Trek udał się znakomicie, miałem piękną pogodę, codziennie grzało słońce, 35 stopni, żar z nieba, bezchmurne niebo. Był jeden dzień anomalii pogodowej ale o tym później. Wybór treków w Nepalu jest ogromny, można ich zrobić ponad 90, na większość trzeba mieć specjalne pozwolenia (ekstra kasa),lub iść w zorganizowanej grupie, ale jest w czym wybierać. Ja decyduję się na Annapurne Around z kilku powodów. Pierwszy: planowany czas 3 tygodnie, drugi: można zrobić wiele bocznych szlaków(nawet do 5tys), trzeci: chciałem zrobić Nar (pięciodniowy trek, gdzie trzeba mieć namiot i własne żarcie, ale za to można zobaczyć kompleks niepowtarzalnych świątyń tybetańskich), czwarty: przy odrobinie szczęścia można zobaczyć cztery ośmiotysięczniki. Naru nie zrobiłem, z powodów administracyjnych ale o tym również później.
Na początek kilka kardynalnych uwag natury organizacyjnej, (będzie kilka banałów). Dwie najbardziej podstawowe sprawy: buty i plecak. Dobre buciory to absolutna podstawa, by czerpać przyjemność z górskiej włóczęgi. Niektóre drogi, były naprawdę trudne technicznie, (nieraz trzeba było iść nurtem rzeki), rano często drogi są zmrożone, jest ślisko, czasem na zboczu miejsca jest na jedną stopę. Ja sam długo miotałem się z wyborem butów. Paweł w tym miejscu wielkie dzięki i szacun w Twoją stronę. Stary dobrze że Cię posłuchałem i kupiłem Meindle. Polecam każdemu. Wygodne,(żadnych obtarć, odparzeń, bąbli), świetna protekcja przed wodą, po prostu luksus chodzenia. Plecak, wiadomo, jak z samochodem, wsiadasz i wiesz że to ten. Wybór jest ogromny, więc sprawę zostawiam otwartą. Mój spisuje się wyśmienicie. Jest moim garbem, idealnie dopasowanym do ciała. On i ja to prawie jedno ciało,jedno bez drugiego nie funkconuje:). Trzecia sprawa: woda. Ekonomia górska jest prosta i brutalna (prawie jak same góry), czym wyżej tym drożej. W Pokharze butelka wody kosztuje 20 centów. Na tysiącu metrów kosztuje jurka. Powyżej 3 tys, butla kosztuje już 2,5E, powyżej 4 tys 3-3,5E. W tym miejscu polecam tabletki do oczyszczania wody. Świetna sprawa, korzystałem z nich cały czas. Piłem kranówę( jest za darmo i ogólnodostępna), lub wodę z potoków. Nie miałem żadnych problemów żołądkowych, wszystko było ok. Uśredniłem cenę butelki wody do 1.5E (ponieważ większość czasu przebywa się ponad 3tyś metrów) Dziennie zużywałem 2 litry wody (wypijałem z półtora, reszta na mycie zębów)czyli płaciłbym 3E. Jeśli treking trwa 17 dni, za samą wodę trzeba zapłacić 51E. Za tą cenę spędzacie w Pokharze tydzień w luksusowym apartamencie, a tabletki do oczyszczania wody kosztują grosze, więc chyba warto(Kicia ukłony w Twoją stronę, dzięki za tablety). Kolejna sprawa to protekcja przed słońcem. Powyżej 4tysięcy, słońce sieka nie ubłagalnie. Widziałem Francuzkę, która spaliła sobie twarz (koszmar). Dobre okulary anty(PODSTAWA), filtry uv i koniecznie pomadka do ust uv ( Sabina teraz ukłon w Twoją stronę, a tak psioczyłem na co mi to).Ostatnia rzecz to czołówka. Absolutnie konieczna. Po 18 zapadają egipskie ciemności a z prądem jest różnie, a przeważnie go brak:). To tyle jeśli chodzi o sprawy kardynalne. Jeszce kilka uwag ekonomicznych. Noclegi na całej trasie od 1-2E, żarcie wiadomo czym wyżej, tym drożej ale średnio za 4e można zjeść syto. Powyżej 3 tys, ładowanie baterii, jurka za godzinę. Alkohol masakrycznie drogi, browar 5E, więc nie warto (chyba, że załapie się na lokalny bimber ale o tym też później).
Dobra, tyle smutów. Teraz krótka relacja o tym co mnie spotkało. Każdy dzień, ramowo wyglądał tak samo. Pobudka 5.30- 6.00. Śniadanie: zupa garlikowa i ginger tea(uwielbiam ją, w kubku pływa posiekany korzeń gingeru,pychota). Zero kawy, alkoholu (prawie). Marsz do 17-18. Kolacja. I tak, każdego dnia...
1 dzień Besisahar(820)- Bahundanda(1310)
Wyruszam autobusem do Besisahar(820m). Autobus wyjeżdża o 6.30. Tu ogólna dygresja. Jeśli kiedy ktolwiek w Indiach lub Nepalu, zaśpicie na autobus, (nawet godzinę), nie wpadajcie w panikę. Bierzcie taksę i grzejcie na miejsce odjazdu. Wasz autobus na 99,99% na bank jeszcze nie odjechał. Jestem na przystanku 15 min przed czasem. Ładuje się do środka. Boss autobusu zbiera bilety. Po mojej przeciwnej stronie, siada para starszych Japończyków. Okazuje się ,że mają bilety do Indii. Więc Boss tłumaczy im, że muszą szybko wysiąść i zmienić autobus. Japończycy nic sobie nie robią z uwag Bossa. Szczerzą swe zęby i kiwają głowami. Po 10 min, Boss traci cierpliwość i zaczyna być nieźle wkurw.... Japończycy twardo siedzą, błyszczą zębami i kiwają głowami (jak te pieski, które były kiedyś w dużych fiatach:)) Po kwadransie zjawia się jakiś kolo,który gada po japońsku. Małżeństwo w ogromnym pospiechu i lamencie opuszcza autobus, co oznacza że powinniśmy zaraz odjechać. Nagle wraca Boss i oświadcza, że nie możemy jechać, bo brakuje dwóch osób. Kurwa... niewierze, myślę se, może to jest jakaś ukryta kamera albo coś... Jak ma nie brakować, jak minut temu, wyskoczyli Japońce... To chyba proste. Cyrk z listą i sprawdzanie biletów zaczyna się od początku... Odjeżdżamy z półtora godzinnym opóźnieniem...
Z Besisahar jadę dżipem do Bhulbhule. Tylko 20 metrów różnicy poziomów, za oszczędza się 2 godziny marszu, po wyboistej drodze w 30 stopniowym upale. Koszt 1E. W samochodzie poznaje młode małżeństwo z Polski: Maćka i Monie (serdecznie Was pozdrawiam). Dwa dni spędzamy wspólnie. Maciej i Monia okazują się świetnymi piechurami, więc drepczą dużo szybciej niż ja. Poza tym mam lekko przeładowany plecak(żarcie i namiot). Dochodzimy do Bahundanda. Pierwszy nocleg, pierwsze foty, pierwsze widoki na góry....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him1?authkey=Gv1sRgCJ2Px8-I-eSROA# 2 dzień Bahundanda- Tal (1700)
Dzień ciężkiej wędrówki. Pierwsze 2 dni są dla mnie okropne. Pnę się do góry w żółwim tempie. Pot ścieka ze mnie strumieniami. Plecak ciąży niemiłosiernie, piekielny upał... Trud re kompensują piękne widoki... Do Tal dochodzę wyczerpany. Monia z Maciejem są już tu od godziny. Jemy wspólnie kolację. W menu widzę pozycję:"local beer", cena 80 centów. Zamawiam.... Dostaję rozcieńczony bimber z wodą. Moc trunku jest ogromna... W sekundzie czuję ciepło na całym ciele. W następnej jestem już w łóżku. Zasypiam jak niemowlę...
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him2?authkey=Gv1sRgCP2d5vmWzoicEg# 3 dzień Tal- Koto (2640)
W Tal zegnam się z Maćkiem i Moniką. Mamy różne tempo marszu, więc nie będę ich opóźniał. Wymiana maili i ruszam do Koto. Pomału moje nogi się rozkręcają, przestaję się tak intensywnie pocić, zużywam mniej wody. Do Koto dochodzę przed 17. W pensjonacie poznaje Francuza Erica. Jest instruktorem nurkowania i ma swoją szkołę w Marsylii. Odbywa podróż dookoła świata. Mówi że na święta chce być w Tajlandii (tak jak ja). Gawędzimy do północy. W każdym schronisku ( czasem brak) na środku jadalni, stoi koza, w której pali się drewnem, daje przyjemne ciepło i specyficzny zapach...... Można tak przy niej gadać do rana. Powyżej 2,5 tyś wieczory zaczynają być bardzo chłodne, temp. spada do kilku stopni, a czym wyżej tym wieczory zimniejsze...(powyżej 4 tyś spada nawet poniżej zera).... Eric idzie, spać a ja wychodzę jeszcze na fajkę.... Pierwszy raz widzę oblodzone szczyty sześciotysięczników w świetle gwiazd. Lodowate pokrywy, odbijają światło jakby świeciły własnym. Niesamowity widok......
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him3?authkey=Gv1sRgCLCIw6-eyL2lxAE# 4 dzień Koto-Pisang(3310)
Rano postanawiam wyruszyć na Nar. Niestety na check point okazuje się, że jest potrzebne specjalne zezwolenie, którego oczywiście nie mam. Tłumacze kolowi w budce,że w Pokharze, pani w urzędzie powiedziała ze nie potrzebuje, ale kolo twardo się upiera i nie chce mnie wpuścić. Jestem nieźle wkur.... Taszczę namiot i żarcie, i co? teraz dupa? Postanawiam pogadać z tubylcami, znaleźć jakiegoś dowódce wioski, prezesa, wodza, kogoś kto ma jakąś decyzyjność.. Godzina łażenia i dupa,nikt nic nie wie. Wracam na Check Point i pytam kola ile? Ten się upiera przy swoim i chce zezwolenia. Daje za wygraną i odchodzę. Za chwile kolo wybiega, woła za mną i podaje mi cenę.... Nie pytajcie ile.... Chciałem kut... włożyć ten namiot w dupę..... Rezygnuje..Postanawiam korzystać ze swojego zapasu jedzenia, by jak najszybciej zniwelować ciężar garbu:) Ruszam do Pisang. Powyżej 3 tys czuję się świetnie. Nogi się rozchodziły,mięśnie przyzwyczaiły do codziennej ciężkiej pracy.. Jak co dzień wszystko re kompensują cudne widoki.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him4?authkey=Gv1sRgCLrIjLGQwsS8xQE#5dzień Pisang-Bhraka(3439)
Do Bharaka ruszam okrężną drogą przez Ghyaru (3730). Można iść dołem, ja chce zobaczyć jak najwięcej. Dziś droga jest kamienista, z pod butów wydobywają się tumany kurzu.. Całą drogę spędzam w ciszy i samotności. Jestem tylko ja, droga, kurz spod butów, cisza którą słychać, i góry dookoła.... Magicznie....... Na szczycie Ghyaru jest niewielki schronisko. Pierwszy raz widzę tu orły.... Niesamowite z jaką łatwością szybują nad górskimi szczytami.... Władcy przestrzeni i wolności... łał...
W Bhraka mieszkam w pięknym schronisku. Prowadzi je Nepalczyk, który całkiem dobrze gada po angielsku. Zagaduje mnie o mój tatuaż,pokazuje swoje. Były robione przez Maurysa(jego dobrego kumpla) w Nowej Zelandii. Ucinamy se przyjemną pogawędkę. Swoje tatu robił aż 3 miesiące. Ma wydziarane całe plecy, mistrzostwo świata, dzieło sztuki.... Na kolacje zamawiam rollsy z grzybami- pychota, palce lizać. W jadalni są dwa starsze małżeństwa: Hiszpanie i Francuzi, i młoda parka: on jest pół Czechem- pół francuzem, ona pół Francuzką- pół Marokanką( o jej urodzie już chyba nie muszę pisać, śliczna landrynka). Leniwie toczy się gadka o dupie marynie. Nagle wchodzi boss i stawia na środku stołu plastikowe wiadro. Wszyscy walimy karpia, nikt nie wie o co chodzi. A w wiaderku suprajs: soki owocowe wymieszane z bimbrem, gest ze strony bosa. Wiadro zaczyna krążyć z rąk do rąk,rozmowa się ożywia, nagle( nie wiem jak?) wszyscy doskonale się rozumieją. I tak miło leci czas, aż przychodzi zmęczenie i wszyscy w jednej minucie wloką się do pokoi. Zostaje sam. Nagle pojawia się boss i mówi żebym szedł za nim. Wchodzimy na ostatni segment schroniska a tam cała aparatura do pędzenia magicznego napoju i 1000 litrowy zbiornik!!! Pytam czy pełny, odpowiada, że prawie. Myślę se, niezły przemiał. W Irlandii jak zatankujesz 1000 litrów oleju to możesz grzać chałupę całą zimę. To pytam się, kurwa ile oni tego wypijają??? Boss nalewa po szklaneczce i znów gawędzimy do północy. Kocham ten kraj.... Serio.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him5?authkey=Gv1sRgCIfVq6KKh5u8hAE#6 dzień Bhraka- Manang(3640)
Dziś w planie mam wędrówkę do Ghusang. Nie uchodzę nawet 30 min a spotykam Maćka i Monikę. Idą się zaaklimatyzować na Ice Lake(4600). Nie namawiają mnie długo. Zostawiam plecak w pierwszym hotelu, bossowi sali daje jurka by go dobrze pilnował i ruszam z nimi. 4600 metrów to już coś. Na szczycie przepiękne jezioro i cudowne widoki. Schodzimy do Manag, zamawiamy kolacje, gawędzimy chwile o pracy i takich tam pierdach. Jutro postanawiamy zboczyć trochę ze szlaku( na 2 dni) i zdobyć Tilicho Lake(4920). Szybko zmykamy spać, bo jutro długi dzień.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him6?authkey=Gv1sRgCPOghPa-zPOJsgE# 7 dzień Manang- Tilicho Base Camp (4150)
Wyruszamy o 6 rano. M i M narzucają od razu ostre tempo. Ja odpuszczam i ugadujemy się, że spotkamy się w Tilicho Base Camp. Pierwszy etap prowadzi do Khangsar, nepalskiego miasteczka na 3700m. Niby wiocha nie duża, ale bardzo rozlazła. I tu pierwszy zonk. Droga rozłazi się na 3 różne. Czekam aż ktoś nadejdzie, jakiś tubylec lub białas. Jak na złość, nikogo. Dobra, biorę mapę i wybieram tę najbardziej prawdo podobną. Oczywiście wybór był słuszny. Strzał w dziesiątkę. Po 40 min jestem w marnej dupie. Ścieżka gubi się na stoku zbocza, rozpływa w ciernistych krzewach. Na powrót nie ma szans, zbyt stromo.. Myślę se pięknie kurwa batonie.... W dole zbocza widzę most. Biorę mapę i go lokalizuję. Jeśli mam rację z pod mostu prowadzi powrotna droga do Khangsar. Na wariata, po żwirze zjeżdżam w dół. Jest droga, wracam do miasta, jestem półtora godziny w plecy. Wracam na właściwy szlak. Po trzech godzinach drogi, spotykam starą Nepalkę. Mówi mi ,że muszę się cofnąć, bo tą drogą nie przejdę,bo jest zerwany most. Mój szczęśliwy dzień. Kolejna godzina w dupie. Teraz idę na całego, ile da fabryka. Chowam aparat i gnam przed siebie. Droga jest naprawdę trudna technicznie. Dopada mnie noc. Zakładam czołówkę. Na miejsce docieram wykończony. Marze o łóżku. Tu kolejna niespodzianka. Schronisko jest pełne. Z góry zeszły już 2 duże ekipy i pokoje są zajęte, co oznacza, że musimy spać na dechach. Stonki, którą czeka podobny los, jest około 30 osób. Jedni śpią na stołach, my wybieramy miejsce pod. Zapachy cudowne, szczególnie gdy ekipa pościągała buciory. Myśle se, byle do rana...
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him7?authkey=Gv1sRgCM3U-8jXodumpwE# 8 dzień Tilicoo Base Camp - Tilicho Tal (4920)- Khangsar
Dzień bez przygód. Atak na 5000 metrów. Na górze cudne jezioro (z 3 razy większe, niż Morskie Oko) i powrót do Khangasar. Codzienny trud wędrówki, wynagrodzony fanta stycznymi widokami. W drodze powrotnej wieje silny wiatr. Wiatr w górach pod wieczór to zmiana pogody... Obym był złym prorokiem
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him8?authkey=Gv1sRgCMzRzJDOqqHykAE#
9dzień Khangsar- Ledar (4200)
Wracam na główny szlak .Ugaduję się z M i M na nocleg w Ledar. O poranku widzę ciemne chmury na niebie, co nie wróży dobrze. Mimo wszystko wychodzimy. M i M wyruszają 30 min wcześniej. Po godzinie wędrówki, widoczność spada do kilku metrów, zaczyna padać śnieg. Góry ukazują swą niedostępną stronę. Po 30 min ścieżka, znika pod białym puchem. Zaczyna się robić nie miło. Na szczęście doganiam grupę z Izraela, mają przewodnika. doczepiam się do nich i szczęśliwie docieram do Ledar. Jestem zmarznięty i zmęczony. Szukam Maćka i Moniki. Niestety nie ma ich w Ladar. Więcej ich nie spotykam. W schronisku zamawiam ciepłą herbatę, włażę do śpiwora i staram się zasnąć. Dopada mnie chandra samotność... Chce szybko oddać się w ramiona Morfeusza.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him9?authkey=Gv1sRgCOSwyMKto9nhxAE#
10 dzień Ledar - High Camp (4925)
Zdobycie przełęczy Thorung Laass, coraz bliżej, High Camp to ostatni punkt przed osiągnięciem celu. Pogoda wróciła do normy. Bezchmurne niebo, ponad 30 stopni. Cały dzień spędzam na mozolnej wspinacze do góry. Po drodze spotykam Izraelczyka Jhonathana,pniemy się razem do Thorung Phedi (4450). On tu zostaje i stąd chce atakować przełęcz, poza tym jego kumple ze Szwecji już tu na niego czekają. Ja wdrapuję się na High Camp, podchodzę na piękny View Point, pstrykam foty, zamawiam kolacje, wchodzę do śpiwora.. Jutro ciężki dzień. 4 godziny do celu, a potem 5 godzin w dół do Muktinath.... Zasypiam w mgnieniu oka....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him10?authkey=Gv1sRgCPTzkJmOgNfrwwE#
11 dzień Thorung Lass (5416) rekord życiowy, wyżej jeszcze nie byłem- Muktinath(3760)
Wstaję o 6 rześki i wypoczęty. Czuję się świetnie. Zamawiam garlic suop, ginger tae, i go zdobyć wyznaczony cel. Droga ciągnie się w nie skończoność. Krok po kroku pnę się do góry. Na 5000 tyś, łapie mnie lekki ból głowy. Mimo to o 10.20 fanfary. Zrobiłem to!!! Jestem z siebie zadowolony. Zrzucam plecak, delektuje się swym własnym sukcesem:) Pstrykam foty i po 30 min, czas na drogę w dół. Trzeba zejść prawie 1800 metrów w dół i to sporo kilometrów. Tuż przed Muktinah dogania mnie Jhonathan, i razem lądujemy w hotelu Monalisa. Zamawiamy kolację, biorę ciepły prysznic (po 4 dniach, to jak przywilej dla bogaczy). Jhonathan opowiada mi jak rzucił pracę i podają 6 miesięczny wolontariat w Nepalu jako nauczyciel) Gawędzimy parę godzin, ja gdzieś po 22 zapadam w głęboki sen.
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him11?authkey=Gv1sRgCMeBs_3HspvJZA# 12 dzień Muktinath- Lupra (2790)
Zaczynam drogę powrotną do Pokhara. Proponuję Jhonathanowi boczny szlak do Jomosom przez Lupre. Zgadza się bez problemu i postanawiamy wędrować wspólnie. Droga do Lupra to widokowo jeden z piękniejszych szlaków jakie zrobiłem. W miarę upływu czasu Jhonatan zaczyna mnie coraz bardziej mierźić. Gada jak najęty, zadaje setki pytań, ciągle przystaje by robić foty.Gdy dochodzimy do Lupra jest 16 a plan dojścia do Jomosom, lekko się rozpływa. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zostajemy w Lupra. To prawdziwa Nepalska wioska, bez schronisk, bez sklepów . W wiosce żyje 200 mieszkańców. Śpimy w prawdziwym nepalskim domu i jemy żarcie które kobita robi na glinianym piecu. Wnętrze chaty jest skromne. Jedna szafa, dwa materace to wszystko.... Niesamowite doświadczenie. I pamiętajcie. Jeśli Nepalczyk zaprosi Was pod swój dach, na progu ściągnijcie buty. Gdy zasiądziecie do stołu, przed jedzeniem umyjcie prawą rękę (woda w dzbanie na stole jest właśnie po to a nie do picia) i nigdy nie jedzcie lewą ręką (jest nieczysta tubylcy się nią podcierają) Podchodzą do tego bardzo serio i łatwo palnąć gafę. Po posiłku chwilę gadamy, Jhonathan chce mnie namówić na szachy. Ja jestem zmęczony, gram kiepsko, odmawiam i kładę się spać.
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him12?authkey=Gv1sRgCN_S4Jvbvpe7Bw# 13 dzień Lupra-Tukuche
Wychodzimy o 8 rano. Wysypiam się na maksiora. Pierwszy przystanek to Jomosom, mieścina w której jest jedyny bankomat na całym szlaku. Jedyny i oczywiście popsuty. To komplikuje mi trochę życie, ponieważ mój budżet jest na wyczerpaniu. Tu rozstaje się z Jhonatanem, mówię że muszę szybko zejść w dół. Zostało mi z 2500 rupii a jeszcze z 5 dni na zejście, czyli rewelki nie ma. Ustalam szybko plan działania. Codziennie 10 godzin w dół ile da farbka.
14 i 15 dzień Tukuche- Gasha- Tatopani (1190)
Dwa dni intensywnego zbijania wysokości. Spędzam dwa dni całkowicie sam skon centrowany na schodzeniu.Delektuję się widokami i od czasu do czasu robię foty. W Tatopani mój budżet wynosi już tylko 1400 rupii (1,4E) mimo to postanawiam zrobić jeszce jedno 3000m:) Ostatni nepalski szczyt: Pon hill 3250m.
16 i17 dzień Tatopani- Ghorapani- Birethani:)
Mimo problemów budżetowych ładuje ostatnie 3 tys do góry. Nie zawieram żadnych znajomości, bo odległości są spore. Od 2 dni w Nepalu trwa jakiś festiwal. Tubylcy od rana do wieczora łażą odużeni, bimbrem i marychą. A propos. Każdy szanujący się Nepalczyk, żyjący w górach, ma gdzieś na stoku ukryte poletko zielonego:) Czasem idąc pięknie pachnie, gdzieś z pośród zwykłych krzaczorów:) W czasie festiwalu palą wszyscy: kobiety, mężczyźni, młodzież, wspomagają się miejscowym napojem magicznym. Ostatniego dnia dochodzę do Birethani na czołówce. Znów dopadła mnie noc. Oczywiście do Pokhary już nic dziś nie pojedzie, bo wszyscy są w innych stanach świadomości a ja jestem w marnej du.... Myślę czas na namiot. Nagle zaczepia mnie jakaś kobieta, pyta czy nie potrzebuje pokoju. Ja mówię ze owszem, ale nie mam kasy. Ona na to ok. Daje mi za 50 rupii (pół jurka) pokuj i żarełko za darmochę (micha ryżu, niebo w gębie). Rano łapie autobus do Pokhary, włażę na dach (połowa ceny), zjeżdżam do mego pensjonatu i gnam do bankomatu.
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Himalaje?authkey=Gv1sRgCO3nubKGvMbVlAE# Na miejscu biorę prysznic, długi, 20 min. Wrzątek, bardzo przyjemnie. Wkładam czyste,świeże ubranie. Idę na miasto, zamawiam dużo dobrego jedzenia, pyszną kawe z ekspresu, a na koniec zimnego browara. Przez 2 dni nie robie nic. LENIUCHUJE......