foty

czwartek, 30 grudnia 2010

wiadomości z Malezji

Cudowne ludziska witam Was z Malezji
Szczerze to nie za bardzo wiedziałem jak zabrać się do pisania tego posta. Ostatni tekst przyszedł mi dosyć ciężko. Wiecie jak to jest prosić o taką pomoc. Czułem się jakbym się rozebrał i wylazł na środek Schop street. Obciach. Ale najważniejsze, że obciach był skuteczny. Liczyłem, że pomoc skapie małym strumieniem. Nieprawda. Pomoc napłynęła siłą potężnej rzeki. Macie wielkie serca. Moje dzięki na nic się nie przełoży, więc nie wysilam się na żadne wielkie słowa. Po prostu jesteście genialnie cudni. Ogromne, szczere, wielkie DZIĘKI.
Dobra, teraz szybko co u mnie. Podróż z Kalkuty do Kula Lumpur. Rzeźnia. Z mojego hotelu do lotniska jest 12km. Odlot 16.45. Coś mnie tknęło i biorę takse o 12. I całe szczęście. Droga na lotnisko 3 godziny!!! Ulice zakorkowane do bólu. To co robił ten taksiarz to przechodzi ludzkie pojęcie. Ocierałem się o kataklizm co 3 min. Po prostu na ulicy indyjskiej panuje jedno prawo: kto pierwszy ten lepszy. Dojeżdżam na lotnisko z żołądkiem w gardle.  Na lotnisku  kolejny problem. Mam 3 kilo nadbagażu. Miła pani, która mnie odprawia, żąda  zapłaty w wysokości połowy ceny biletu (wredna su.. jakby nie mogła machnąć ręką) . Wywalam do śmietnika skarpety, majty, ręcznik, pastę do zębów i resztę kosmetyków, koszulki. Wracam do przemiłej pani (gupia su..), teraz bagaż się zgadza. Następnie dziesiątki kontroli: prześwietlanie bagaży, pieczętowanie, stęplowanie, cuda na kiju.W końcu odlot. W Kula Lumpur ląduje o 20.30. Przestawiam czas o 3 godziny i jest 23. 30. Po odprawie wychodzę na lotnisko i co ukazuje się moim oczom?? KFC! Wpadam z rozbiegu. Zamawiam Big Mega Super Wypas hamburgera, Big  Mega  Super Wypas chikena, Big Mega Super Wypas frytki. Żre do bólu. I wszystko bez ryżu. Nie wiecie jak to jest... Ale wierzcie mi wyjebiś......
Jest po północy. Autobus do centrum rusza o 1. Jadę godzinę. Wysiadam w chińskiej dzielnicy bo tu najtaniej. Jest druga w nocy, a tu suprjas. Wszystko tętni życiem. Knajpy, kafejki, puby, restauracyjki, wszytko pootwierane. Na ulicach pełno stonki. Ludzkość żyje nocnym życiem. Zewsząd dochodzi mnie różnoraka muza. Nie wierze własnym oczom. Muzułmański kraj, a tu zabawa do rana. Po 2 miesiącach w Indiach, mały szok. Szukam hotelu. Łażę 2 godziny i wszystko drogie a tanie zajęte (święta). Znajduję hotel za 12e. Najtaniej jak się dało i nie ma rewelki. Pokój bez okna, kibel i prysznic na zewnątrz, oczywiście zimna woda. W ogóle Malezja nie jest tania. Butla mineralki prawie 2e. Żarcie ok 6e. Alkohol Mega drogi. Haineken 0,33l w sklepie 2e. Podczas szukania hotelu jestem świadkiem niesamowitej sceny.  Chińska knajpa. Usytuowana prawie na ulicy, kuchnia widoczna dla ludzi. Kątem oka dostrzegam jak miedzy garami biega szczur. Patrze a kucharz błyskawicznym ruchem ręki łapie szczura za ogon i obcina mu łeb. Prawie zwariowałem. Ale teraz najlepsze. Kolo wyrzuca zwłoki szczura do śmieci i nie wycierając tasaka, wraca do krojenia czegoś tam. Właśnie stracili klienta.  I to co uderzyło mnie na ulicy najbardziej: malezyjskie kobiety. Pamiętajcie jestem w muzułmańskim kraju.!!!   Pannice w minówach, że w krótszych się nie da. Generalnie chodzą  nieźle wyuzdane, a poza tym urodą nie grzeszą. Rudowłosa, nie pieklij się teraz za bardzo. Trzeba być obiektywnym. Przy Tobie wszystkie one bledną, jesteś tą najjaśniejszą gwiazdką na nieboskłonie. Panowie więcej szczegółów i obserwacji na ten temat jak wrócę i spotkamy się na browarku:) W stolicy Malezji siedzę 5 dni, bo święta i to akurat wypada na sobotę i niedziele, więc ciężko z transportem. Ale na nudę nie narzekam, choć w wigilię łapie mnie chandra i lekko się znieczulam. Dobra z tym "lekko" trochę kłamie. Znieczulam się na maksiora, co robić, człowiek nie wielbłąd, pić musi. Jakoś tak pomyślałem o Was, o biesiadach przy stole, a ja w tych 4 ścianach...
Obecnie  jestem w Melace, pięknym mieście o niesamowitej architekturze. Oczywiście mieszkam w chińskiej dzielnicy bo najtaniej:) Zwiedzam chińskie świątynie, stare miasto, wszystko jest niesamowite.Wieczorami błąkam się ulicami, wśród setki knajpeczek, pubów, restauracyjek. Spędzę tu Nowy Rok. Potem grzeje do Johan Batur, następnie Petang, potem tydzień malezyjskiej dżungli, plantacje herbaty, powrót do Kula Lumpur i go home. Kupiłem bilety na powrót do domu. Niestety:(
Przypomniała mi się refnej jednej piosenki z repertuaru KAT (klasyka polskiego metalu), "okręt mój płynie dalej, gdzieś tam..'. Dzięki Wam mój żaglowiec płynie dalej, nabrał wiatru w żagle i gna do przodu. Ale wiecie trzeba tak pić z czary ambrozji by nie stała się czarą goryczy. Mój puchar jest wypełniony ambrozją po brzeg, więc pora zwijać do portu. I tak po powrocie,będę musiał znaleść jakiś nocny etat w MCdon..żeby stanąć na nogi. Ale co tam. Starożytni Nepalczycy mawiali : "lepiej przeżyć w życiu jeden dzień jak dziki tygrys na wolności, niż całe życie jak stado beczących owiec".
Dobra tyle niusów u mnie. Jutro sylwester, więc wiadomo. Wszyscy "koko dżambo i do przodu". Potem poranek w nowym, tym piękniejszym lepszym roku. A tu wiadomo, szarówa życia, w głowie tupią krasnale w metalowych butach, jakiś klinik by sie przydał:) Trzymajcie się. Pozdrawiam Was z gorącej Melaki:) Następne wieści z Singapuru:)
http://picasaweb.google.com/krzychorama/KulaLumpurIMelaka?authkey=Gv1sRgCJvx8a3Apb2vkgE#

niedziela, 19 grudnia 2010

tyko fotki

witam Wszystkich
Wpadam tu tylko na chwilę zostawić Wam obiecane fotki:)
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Andamany?authkey=Gv1sRgCKqbqeyV6KTQ-wE#
ok. Zmykam, jutro samolot do Malezji, mam trochę załatwiania. Trzymajcie się Świątecznie i do usłyszenia:)

czwartek, 16 grudnia 2010

wiadomości z Tamil Nadu

Witam wszystkich serdecznie:)
         Podróż morska z Andamanów do Chennai minęła bardzo szybko i przyjemnie. Po za mną, na statku było jeszcze kilkunastu białasów. Fajni ludzie z Izraela, Australi., UK, i US. Ucinammy codziennie pogawędki  i czas jakoś płynnął. Ja większość  czasu spędzam z Angolem Pitem. Facet był już 3 razy w Afryce i sprzedał mi parę fajnych pomysłów na kolejne tripy. Lądowanie w porcie było obskurne. Nabrzeże wyglądało  jak ogromne rumowisko, wszędzie tony gruzu i cegieł. Oczywiście smród i pełno śmieci. Już wiem, że nie zostanę w tym mieście dłużej niż to konieczne. Otacza nas kordon wojska, bo  w porcie obowiązuje zakaz poruszania się. Odprowadzają nas do podstawionego autobusu i wyjeżdamy na miasto. Ja gnam na dworzec kolejowy kupuję bilet na 17 grudnia do Kalkuty i biorę miejsowy autbusy do Mamallapuram ( stare Mahabalipuram). Podaję dwie nazwy, bo obie są w użyciu. Pewnie spytacie gdzie to jest? Prawie na koncu świata, serio:) To trochę taki żart, choć nie do końca. Tamil Nadu to stan na samym południu Indii. Dalej na południe już tylko Sri Lanka.  Na Mamallapurne namówił mnie Pit i Tim (australijczyk). Strzał okazał się w dyche, bo nie trzeba było być prorokiem że w Chennai, wieje nudą. Kolejny brudny, betonowy moloch ( 6,5 mln mieszkńców). Nasza baza wypadowa jest bardzo pryjemna.  60 kilometrów od Chennai, niewielka mieścina nad samym morzem bengalskim, w ktorej życie toczy się bardzo spokjnie. Monitorujemy wsplónie lokalnne terytoriia. Byliśmy w Kanchipuram, Puduchery, Vellore, Tiruvannamalai. Wszędzie coś ciekawego do obejrzenia: świątynie, ruiny starych fortów, monastery.
     Mnie jednak (jak zawsze) interesuje  codzienne życie tubylców. Tutejsza okolica to skupiska rzemieślników i wyrobników. Pełno tu rzeźbiarzy, wyrobników biżuterii, butów, torebek. A wszytsko dzieje się na ulicy i można napatrzeć się do woli. Ja mogę gapić sie godzinami. Życie takich Hindusów toczy się zupełnie innym rytmem i tempem, niż przeciętnego Europejczyka. Nie gnają nigdzie, nie spieszą się. Podpatzryłem trochę dzionek sklepikarza z ciuchami, którego obserwowałem z tarasu mojego hostelu. Pewnie uznacie że jestem walnięty . Pewnie tak. Rytm jego dnia wyznacza wschód i zachód słónca, jakby nie korzystał z zegarka. Tuż po wschodzie słońca, pojawia sie przy sklepie i rytaualnie go otwiera. Myślę że ja otworzył bym taki sklep w 5 min, jemu zajmuje to prawię godzinę. Otwiera metalową kratę, ściąga buty, wchodzi do środka. Pomalutku wynosi swój stołeczek i ciuchy które wiesza na specjalnych stojakach. Robi tak codziennie, te same ciuchy w tych samych miejscach. (3 min robty) Jemu zajmuje to mnóstwo czasu. Każdą rzecz staranie głaszcze i gładzi. Sprawdza kilkakrotnie czy jest idealnie. Następnie miotełka i zamiatanie. Po 5 minutach czyściutko, ale on nie kończy. Drepcze w kółko, sprawdza iks razy czy jest czysto. Next, zraszanie wodą placu pzred sklepem by się nie kurzyło. Ma do zroszenia z 2 metry kwadratowe, nie pytajcie ile mu tu zajmuje. Gdy rytuał otwierania sklepu dobiega do końca, siada na stolku i gapi się w ulice. Oczywiście szuka potencjalnych ofiar. Swoją drogą facet jest niezły. Nie zaczyna gadki od "łicz łan cantry" bo wtedy wie, że dupa. Natomaist zaczyna od" pięknie dziś pani wygląda, to pni ulobione kolory?? bardzo pani w nich do twarzy, a mam coś w pani stylu". Starsze panie łykają  haczyk prawie zawsze, a jak już wejdziesz do sklepu to 3/4 sukcesu.
          Na marginesie, kupownie ciuchów w Indiach jest ogromnie przyjemne. Wchodzisz do sklepu, ściągasz buty, siadasz na wygodnym dywaniku i zaczyna się show. Na wstępie zaznaczasz koleżce, że chcesz tylko t-sherta. "Of cours", po czym koleś pokazuje Ci stosy rzeczy: bluzy, spodnie, w różne wzorki, z różnych materiałow, (niektóre ciuchy są naprawdę genialne). Gdy się już naoglądasz i zaczynasz się już wnerwiać, prosisz kola o t-sherta. "Of corus my frend, letter, now just lock, raely good prize to You" I wszystko zaczyna się od początku. Myślę że  zakupy podstawowych ciuchów dla 5 osobowej rodziny zajęły by miesiąc. Wracając jeszce do rytmu życia hindusów. Gadałem potem z tym sklepikarzem  I coś zrozumiałem.  On po prostu ma tylko ten sklep, który odziedziczył po ojcu. Nie ma nic innego do roboty, zupełnie nic. Po prostu nie ma żadnego wyboru, żadnej alternatywy, nigdy nie znajdzie innego zajęcia, innej pracy. Jedyne o co dba, to by codziennie sprzedać co kolwiek. I tak dzień w dzień, od wschodu do zachodu, prawie przez większość życia. Niesamowite.... Dobra już koniec tego bo pewnie Was to zanudza i ziewacie..
       Jeszce kilka słów o dalszych planach podróży. Myślę po mału o powrocie. Niestety. Ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Kardynalny powód wcześniejszego powrotu to oczywiście kasa.(raczej jej brak) Budżet topnieje szybko, choć wierzcie mi, nie pływam tu w luksusach.  Trochę frycowego zpałaciłem w New Dheli, i wiadomo transport, pozowlenia na tregingi, nurkownie, żarcie, gupi internet, wszytko kosztuje, czasem też się znieczulałem.....Teraz zaciskam pasa na wszystkim, wszytko najtańsze z najtańszego. Na ryż już nie mogę się gapić. Wczoraj śnił mi koszmar: nad moją głową fruwał ogromny schabowy a ja nie mogłem go złapać. Kurwa jak bym zobaczył  w jakieś knajpie schabczaka  z ziemniakami i mizerią do zapłacił bym nawet 50E i miał bym w dupie oszczędzanie... A propo oszczędzania. Tego posta piszę z Chennai. Wróciłem  po południu na jedną noc bo rano 30godzinna podróż pociągiem do Kalkuty,(będzie koszmar). Szukam taniego hostelu w okolicy dworca, bo pociąg o 6 rano, nie chcę brać taksy ani rikszy. Pierwsza ulica za dworcem, hosteli i hotelików od groma. A tu suprajs, większość miejsc zajętych.(kto spędza czas w tak ochydnym mieście jak Chennai???). Wolne pokje w cenie 4 stów. Po 2 godzinach znajduję pokuj za 2stówy(3,5E). Jestem wykończony. Kapie ze mnie, plecak waży tone.. a najbardziej uprzykrzają szukania hotelu riksiarze. To najgorsza warstwa społeczna ludzi, mendy których nie znoszę. Przylepi się taki za Tobą i mendzi "łicz łan kantry, ai noł good plejs, czip, naj wiu" Zawsze grzcznie dziękuję, choć dziś nie wytrzymałem. Pozybawłem się jednego i zaraz pojawiało się 2 innych. Ostatniemu na pytanie "łicz łan kantry", odpowiedziałem "kurwa z koziej dupy". Co uszłyszałem? "Najs kantry" i dalej za mną drepcze. Wierzcie czasem można zwariować...
         W Kalkucie 2 dni. Pakowanie, drobne zakupy. Lot do Malezji. Malezje wybrałem z powodów logistycznych. Z Malezji mam już tylko jeden kierunek podróży, północ. Miałem się piąć w górę do Tajlandii, Kambodży, Laos i Wietnam. Teraz już wiem że Malezja 3 tygodnie i 2 tygodnie Tajlandia.( tylko na tyle dostanę wize). Koniec. Razem daje to 5 tygodni, więc szukam tanich połączeń z Bankoku do Europy, w pierwszym tygodniu lutego. Sprawdzam setki połączeń. Najtaniej znalazłem Paryż za 450E a potem rayaner za 10E do dublina.  Tu prośba jeśli ktoś znajdzie coś tańszego, niektórzy z Was grzebią w połączeniach lotniczych, dajcie znać w komentarzu.
    Oczywiście oprócz o powrocie myślę o tym jak wrócić najpóżniej. Mam do kogo wracać (Rudowłosa Niwiasta świetnie się trzyma, choć nabucy sie na skeypie, i me 2 małe pociechy też), ale jak pomyśle słowo praca czuję poważny dyskomfort....Brrr  Na statku ma się dużo wolnego czasu więć wymyśliłem dwie rzeczy. Po pierwsze mógłbym podjąc jakąś dorywczą pracę. Tu pojawia się problem. W  Nowej Zelandii lub Australi pomysł nie gupi, bo da sie zarobić. W Indiach pracując dwa miesiące za barem, odóżył bym na Citylinka z Shannon do Golwyowa. Pomysł umarł. Drugim pomysłem jesteście Wy,  Moi Drodzy Czytelnicy. Jeśli ktoś ma chęć wspomóc tą eskapade i dorzucić trzy grosze, proszę o kontak z Lenininem. Lemon po pierwsze jest naljepszym księgowym jakiego znam, (żyleta), żaden euracz mu nie umknie, jest solidny do bólu. Po drugie, wie co zrobić by forsa szybko znalazła się na moim koncie. Po trzecie, na statku poznałem baosmana, który trzy lata w Tybiecie zajmował się wróżbiarstwem. Wziął moją dłoń i powiedział " Just Lemon". Stary opatrzności i losowi nie wolno się sprzeciwiać (dobra po powrocie  możesz  mnie zabić) Oczywiście proszę tylko o pomoc. Jestem facetem honuoru. Do 3 tygdoni po powrocie oddam wszytsko.  Tak naprawdę to szkoda mi tylko tego urlopu. Żadna firma i żaden inny boss nie da mi już 6 miesięcy urlopu. A propo Bossa, tu malutka wazelina. Szanowny Panie G. M. serdecznie dziekuję za ten miły gest i szerdecznie pozdrawiam. (Mam nadzieję że po powrocie znajdzie sie jakieś biureczko dla mnie na spawalni). Panowie zadbajcie by wazelnia dopłyneła do Bossa, (dzięki).  To tyle. A jeden fact już troche mnie wspomógł. Napisałem maila i natychmiast pozytywna odpowiedź. Dzieki Stary stanąłeś na wyysokośći zadania, Wiesz to tylko forsa a ja Stary robie coś o czym marzyłem od dawna Dzięki.  Moje marzenia trwają na dal.
    Tak czy siak czekam na jakies niusy do końca grudnia. Idą święta, czas dzielenia  się i dawania dobroci .Może dzięki Wam uda się mi dotaszycz do Kambodży, Na razie będzie cieżko dotrwać do Bankoku. I jeśli ktoś znajdzie  tani lot z Tajlandii, na początek lutego dajcie koniecznie znać. Może da się cos zaoszczędzić na bilecie. Dobra a teraz sprawa ostatnia. Sprawą mojego tripa się nie przejmujcie. Wbrew pozorom jestem realistom i twardo stąpam po tej planecie. Powrót juz planuje, jak będzie tak będzie. Nie mozna mieć wszystkiego. Poza tym  jak nie teraz, to póżniej. Wszystko ma swój czas.....
 Sprawa  najważniejsza. Świeta
 Po pierwsze:
Kochani Rodzice. To Wasze pierwsze swięta w samotności. Adam będzie spędzał  je po raz pierwszy wspólnie ze swą małżónką. Wiem ze nie jest Wam łatwo. Macie taki syndrom pustego gniazdka ale wierzę, że sobie poradźicie Jesteście kreatywni. Ja  w święta będę o Was myślał w szcególnści. To, kim jestem i jaki jestm , zawdzięczam w dużej mierze Wam. Kocham Was i wesołch Świąt. Życzenia również dla Braciszków i Bratowch (odwidźcie Rodziców w Święt, uradują się ogromnie.)
Po drugie:
Moje Kochane Dziołchy z Golweyowa. Sabina, Natka  i Paula. Spędzićie ten czas w Hiszpanii. Uważajcie na siebie, bawcie się dobrze, super podarków, i wesołych karpi:) Tęsknie za Wami. Wesołych Świąt.
Po trzecie:
Do Wszystkich moich Przyjaciół, Znajomych, Czytających tego bloga i Ludków wyżej wspomniach:
 Zostawcie w święta swe problemy na uboczu. Wyrzucie je z głów i nie myślcie o nich .Spędzajcie wspólnie czas, (choć pewnie niektórzy wezmą plecak i gdzieś wyskoczą), biesiadujcie, zasiadjcie przy suto zastawionych stołach, wznoście puchary i kielichy, łamcie sie opłatkami, gawędzćie do poranka, odpakowujcie tony prezentów. Niech swięta będa dla Was radością i upłyną pod płaszcem Bachusa:)

         Sorki że tak się rozpisałem ale przed świętami już nic nie napiszę. W Kalkucie umieszczę tylko fotki. W depozycie został tam kabel do transferu zdjęć. Poza tym będę tam trochę zajęty. Ostatnie zbieranie info o Kula Lumpur, sprawdzić plan zwiedzania Malezji, pakowanie. Następne niusy będą dopiero z Malezji:)))) Podążąm po nowe doświadczenia...... i kolejne miseczki ryżu:)


wtorek, 7 grudnia 2010

wiadomosći z Port Blair stolicy Andamanów

Dzień dobry Wszystkim, witam serdecznie ze stolicy Andamnów.
Sporo się wydarzyło przez te kilka dni mojej nieobecnosci, więc postaram się krótko i treściwie. Podróż morska minęła bardzo spokojnie. Oczywiście nie odbyło się bez przygód. W Kalkucie kupjąc bilet trzeba było wypełnić 2 stronicową aplikację. Na aplikacji były pozycje typu: kolor włosów, kolor oczu, wzrost, waga oraz kompeksy. Aplikacje muszą być zawsze całościowo wypełnionie, bo inaczej urzędas nie przyjmnie. A że z czytaniem po angielsku urzędasów różnie, wpisuję dla żartów w pozycji kompleksy " maly fiut". Koleżka ogląda uważnie aplikację, długo czyta, mówi "good, good" i drukuje mi bilet. Szybko zapominam o aplikacji, cztery dni do początku rejsu, więc szybko wypada mi to z głowy.
         Dzień wypłynięcia. Wpadam do portu. Port cały obstawiony przez wojsko, pełno karbinerów, strasznie. W poczekalni z 5000 tubylców i ja jedyny białas. Wejście na statek tyko jedno, trzeba prześwietlic bagaże, jak na lotnisku. Tubylcy mają ze sobą tony różnego stafu: kufry, skrzynie, 50 kilowe wory. Myślę se że wpuszczenie takiej ilości ludzi, tak wąskim przejściem zajmie z 3 godziny. Zajmuje 5. Mieliśmy wypłynać o 16,  jest 21, stoimy. Po minie wychodzi jakiś urzędas i mówi że mam mu oddać paszport, bo będziemy na wodach terytorialnych Bangladeszu i paszport musi być w depozycie na statku. Nie dam obcemu facetowi paszportu, mówie mu żeby spadał na drzewo. Kolo gada chwilę przez krótkofalowkę. Za dwie minuty pojawiają się przy mnie wojskowi, kilku krzykaczy i dwóch kolesi z załogi statku. W końcu oddaję paszport chyba jakiemuś oficerowi i ładuję się za nim na statek. Tam drugi kolo czeka już na mnie z aplikacją do wypełnienia. Ksero aplikacji którą wypełniałem przy zakupie leży już u niego na biurku. Biurakracja indyjska jest mega upierdliwa ale działa bez zarzutu. Wypełlniam aplkację a kolo mnie pyta "eksukjuzmi ser, wod is mind, maly fut". Myślę se jaki znowu maly flut ,a kolo pokazuje mi rubrykę kompleksy, a tam mój żart "maly fiut'. Wymyślam na szybko historyjkę że to taka alergia. Koleżka pyta czy mam na to lekastwo, "jasne ze mam", "good, good" .Dobra zostawiam paszport w depozycie, znajduję moją koje. Bunk class to dwa najniższe pokłady statku. Ogromne pomieszczenia, w każdym gdzieś po 50 koii, poustawianych w rzędach. Statek jest ogromny, niektórzy Hindusi do końca podróży nie mogą się połapać gdzie się znajdują. Nie za bardzo ich rozumię, bo statek jest dobrze oznaczony. W sumie 6 pokładow. 1 na samym dole, 6 na górze. Trzy kondygnacje schodów, które łączą wszystkie pokłady: na dziobie, śródokręciu i rufie. Między rufą a śródokreciem na każdym poziomie jest jadalnia. Cała filozfia statku ale niektórzy błądzą nawet w ostatni dzień.  Podróż mija bardzo leniwie. Prowadzę bardzo interesujące rozmowy z tubylcami: "łicz łan kantry?, Poland, najs" i tak z 30 razy dziennie. Drugą konwersację prowadzę z koleżką który odbierał moją aplikację i zabrał mi paszport. Ten z koleji codzinnie mnie pyta "yor maly fut its ok, any problems?" - ok no prolem- " good, good".  I tak pięć dni z rzędu. Główną atrakcją turystyczną statku jest basen na 6 pokładzie, w którym nie ma wody tylko kupa śmieci. Hindusi to straszne brudasy, wszystko rzucaja na ziemię. Po 5 dniach rejsu statek wygląda koszmarnie. Oczywiście są kubły na śmieci ale poza mną nikt ich nie używa. Są jeszcze dwie sale z telewizoarami w których na okrągło lecą boolywódzkie filmy.  Hinusi mają w ogóle trzy pasje. Pierwsza to aplikacje,(nic nie da się zrobić bez aplikacji nawet skorzystac z internetu). Druga to hinduskie filmy. Niektórzy siedzą w tych salach po 12 godzin. Filmy produkcji indyjskiej są tak błyskotliwe, że " Śmierć w Wenecji" to przy tym mega film akci. Trzecią pasją hidusow jest ich muza, napierdalają z tel, aipodów całymi godzinami , (wszystko na tą samą modłę, hinduskie wycie, koszmar, disco polo przy tym to wyrafinowana muzyka). A ulubioną czynnością Hinusów jest plucie. Doprowadza mnie to do szalu. Ciagle harkają .Wszyscy: faceci, kobiety, młodzi. Masakra, plują na podłogę, w jadalniach, kiblu, coś strasznego.... Większośc czasu spędzam na gapieniu się w morze i pracę marynarzy i tak jakoś daję radę te 5 dni... W końcu ląduję w Port Blair a  tu szybko przesiadam się na łódkę do Havelock, (2 godziny drogi). Tu pojawiają się pierwze problemy. Okazuje się, iż pierwszy statek powrotny  do Kalkuty odpływa dopiero 18 grudnia, co oznacza że będzie tam dopiero 23. Dla mnie dupa bo 21 mam samolot do Malezji. Oczywiście bilet powrotnony starałem się już kupić w Kalkucie ale facet mowił "inpasybal"- całe Indie.  Drugim mniejscem na kontynencie gdzie można dopłynąć z Andamanów jest Chinnai (stary Madras) ale to jest 1600 km od Kalkuty. Zostają jeszcze samoloty. Sprawdzam dziesiątki połączeń, wszędzie drogo ponad 150E. Wybieram drogę morską do Chinnai. Na havelok oczywiscie biletu kupić nie mogę, muszę się wrócic to Port Blair. Kurwa, czasami urzędasy potrafią zagtować mi krew w żyłach. Pytałem 3 razy w Port Blair czy na Havelock mozna kupic bilet do Cinnai- of cours, no probloem no bproblem. I co -gów.... Na Havelock bolek w okienku kręci łebkiem, rozkłada rączki i biadoli "inpasybal". Kurwa, czasem mam ochote ukręcić takiemu główkę.... Dobra wracam do Bort Blair i tu kupuje bilet do Chinnai. Statek odpływa 8 grudnia, więc mam jescze 4 dni. Chciałem jeszce popłynąć na Littel Andaman ale nie zdążę wrócić. Siedzę od 4 dni w tym zapyziałem miescie. Bort Blair swą architekturą i klimatem przypomina Rude Śl Chebzie. (chłopaki z rudy sorki).  Brudne,walące się budynki, odpadający tynk, pełno baraków i domków ze sklejki i nie wiadomo czego. Na ulicach brud, syf, pełno śmieci. Wieczorami na ulice wyłażą szczury i cała masa robactwa.Tutejsze sklepy zawalone są tonami kiczu: palstikowe latarki, ceraty,kubki. Wszystko  tandeta z najwyższej póły. Poza tym jest niezliczona ilość zakładów fryzjerskich i jubilerów. Za to w całym mieście są tylko trzty restauracje. "Restauracje" - szumnie nazwane. Kanciapy wielkości singiel roomu, w środku 2 stoliki, plastikowe stołki i plastikowe ceraty. Są również 2 bary. W jednym z nich byłem 10 min. Wierzcie mi, piłem w różnych spelunach ale czegoś tagiego nie widziałem. W srodku syf i smród nie do wytrzymania. Zero stołków, stolików. Wszyscy stoją, oczywisćie sami facei o wyglądzie zakapiurów i rzeźników. I wszyscy walą wóde z gwinta, kurwa zwariowałem. Koleżka podchodzi do baru, daje barmanowi forse, ten daje mu flaszke i delikwent ciągnie ile się da. I następny to samo....Tłok taki że nie da się wejść. Tubylcy drą się na całego, na podłodze pełno szkła, maskra... Knajpa morderców.... Wychodzę zdegustowany....To tyle o stolicy Andamanów
Teraz jeszce parę zdań o tym co porabiałem na Haveloku (byłem tam tydzień). Nie za wiele... Leżałem w hamaku rozpiętym między palmami, tuż nad samą plażą... Pływałem w lauzurowym, błękitnym morzu, szwędałem się po kilometrowych pięknych plażach.... piłem sok z kokosów... i w końcu nurkowałem. Andamany, to co mają najpiękniejszego, chowają pod wodą.  Przepiękne, bajeczne, kolorowe, baśniowe, fantazmagoryczne rafy... Nurkowałem wśrod kolorowych ryb, przepięknych koralowców, żółwi.... Podwodny świat to inny wymiar rzeczywistości. Czujesz się jak Alicja w krainie czarów. Wszytko Cię zadizwia i zachwyca. Paleta kolorów zmienia się co sekundę, nie nadążałem z percepcją wszystkiego. Było wyjebiscie.......
Niestety każda przyjemnośc kosztuje. Mój budżet dośc poważnie się skurczył, ale wiecie, być na Andamnach i nie nurkować to tak jak być w  Wileliczce i nie zobaczyć kopalni. Od 2 tygodni narzuciłem sobie dosyć rygorystyczne wymogi. Jeden ciepły posiłek dziennie, litr wody,nocleg w najtajszych norach, pól paczki fajek. Alko wypadło z list przyjemności. Ostati browar przyjąłem w Kalkucie.... Trzeba jakoś dotrwać  do końca tego tripu. Najwięcej kasy schodzi na pociągi, autobusy, statki. Ale trzeba się jakoś przemieszczać.... Tułaczka w pojedynkę czasem jest upierdliwa. Jesteś gdzieś w obcym miejscu, zmęczony, szukasz jakieś miejscówy a tu żar z nieba, 30 stopni, a ty musisz się targować z riksiarzami, hotelarzami...uff czasem ma dość. Targowanie weszło mi w krew i jest jak codzienne mycie zębów. Targuję sie o wszystko, nocleg, przejazd, zakupy w sklepie. Nieraz zbijam ceny o 150%, ale i tak wiem że tubylcuy mnie rucha...... Czasem marzę o ciepłym prysznicu ( ostanią ciepłą wodę doswiadczyłem w Nepalu) i czystej pościeli... Ale co tam, wierzcie mi, warto znośić te niedogodności :)))
Jutro wypławm do Chinnai.  Przepraszam że nie zamieszczam fotek. Przy szybkości transferu tutejszego netu zajęło by mi to z 2 tygodnie. Fotki umieszczę jak dotrę na kontynent.
Pozdrawiam Was wszystkich, dziękuje za odwiedziny bloga i za komentarze - bardzo przyjemne
do zobaczenia ze stałego lądu:)

poniedziałek, 22 listopada 2010

kalkuta

Witam Wszystkich Czytelników Bloga:)
Dziś mój ostatni dzień w Kalkucie. Jestem tu od 5 dni a dopiero dziś zabieram się za pisanie. Już wyjaśniam tą kilkudniową przerwę. Podróż z Kathmandu trwała prawie 40 godzin i strasznie mnie wykończyła. Składała się z trzech etapów. Pierwszy: 9godzin autobusem z Nepalu do Kaligari, granicznego przejścia w górach. Miałem jechać liniami autobusowymi o wdzięcznej nazwie "All Nepal Jum". Wpadam na dworzec i szukam mojego busa. Na dworcu pełno tubylców, wszyscy drą mordy, jeden przez drugiego,panuje straszny chaos. Na dworcu otwarte 3 kasy. Do każdej ogromne kolejki, ciesze się że kupiłem bilet w agencji. Oczywiście do każdej kasy, stoją z trzy, cztery kolejki, które zbiegają się przy okienku. Mega bajzel. Tu czeka mnie pierwsza niespodzianka. Do granicy indyjskiej odjeżdża 7 autobusów lecz żaden nie nazywa się tak pięknie jak mój. Łażę od busa do busa pokazuje bilet ale nikt mnie nie chce puścić do środka. Do odjazdu zostało z 25 min a ja jestem w marnej dupie. Nagle podchodzi do mnie hindus, wyrywa mi bilet, dokładnie go ogląda i mówi ze mi pomoże. Facet ma z metr dziewiędziesiąt, wyglądamy jak Dawid i Goliat. Goliat obraca się na pięcie i przebija się do kasy. Z jego posturą nie sprawia mu tu żadnych problemów. Ledwo za nim nadążam z tym cholernym plecakiem.Wydziera się na kasjera chwile krzyczą na siebie, kasjer kreśli jakieś liczby na moiem bilecie, które otwierają mi drzwi do jednego z autobusów. Goliat odprowadza mnie pod autobus i odchodzi. Miły facet, ale nie chciał bym go spotkać w innych okolicznościach:) Autobus jest w połowie pusty co nie wróży dobrze. Moje przeczucia się sprawdzają. Napełnianie busa tubylcami, trwa 2 godziny. Odjeżdżam z 3 godzinnym opóźnieniem. Podróż zamiast 9 trwał 13 godzin. Normalka, nie rusza już mnie to. Wiadomo co chwile postuj,jedni wchodzą, drudzy wychodzą. Do granicy dojeżdżam o 10 rano. Jestem padnięty, w autobusie nie zmrużyłem oka. Całą drogę z głośników napierdalała muza w stylu disco polo w zwolnionym tempie. Myślałem że oszaleje, ale tubylcy są absolutnymi fanami tej muzy. Szukam biura emigracyjnego, wypełniam papiery i przekraczam granice. Biuro emigracyjne po indyjskiej stronie znajduje się 2 kilometry dalej. Wale z buta, mijam mnóstwo budynków ale emigracyjnego nie widać. Na końcu drogi widzę jakiś rozwalającą się budę. Myślałem że to kibel i moge się odlać a tu proszę oto urząd emigracyjny. W środku zaspany gość daje mi aplikacje i załatwiam formalności. Dobra jestem na legalu ponownie w Indiach. Etap drugi. Teraz znaleźć dżipa do Jalpaigurui, skąd odchodzi mój autobus. Ostre targowanie i za 3E, jadę dżipem prawie 100 km:). Dojeżdzam do dworca. Oczy  mam na zapałkach a do pociągu jeszcze pięć godzin. Z nieb oczywiście kapie niemiłośierny żar. Wypijam mnóstwo kawy. O  17 w końcu pociąg, ładuję się do środka. Trzeci etap 13 godzin w pociągu. W przedziale jadę z gromadą dzieciaków, które gadają do północy więc znów nic ze spania. O 9 rano jestem w Kalkucie. Na dworcu spotykam Niemca, Matheusa. Bierzemy razem taxe, i jedziemy na  sudder street. Matcheus jest tu do 22 i wraca na dworzec w dalszą podróż. Ja znajduję tani hotel i wale się spać.  Mam za sobą 1500 km i jestem wykończony. Po południ z M. pijemy browarki, więc w hotelowym pokoju zasypiam błyskawicznie.Wstaję około 10 a tu suprajs. Pierwszy raz dostałem zatruci pokarmowego. Cały dzień rzygam, a zwieracze napierają co chwila. Dwa dni nie ruszam się z pokoju. Piję wodę i jem krakersy. Gdyby nie laptop umarł bym z nudów. Na trzeci dzień następuje poprawa. Natychmiast udaję się do oficjalnej agencji morskiej i kupuję najtańszy bilet na Andamany. Mój ship nazywa się NICOBAR. Będę spał w ładowni przerobionej na noclegownie. Kiepsko to brzmi, ale kajuty były 2 razy droższe. Mój budżet się kurczy więc oszczędzam na wszystkim. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić tę morską podróż, to aż 4 doby i trzeba mieć własny prowiant. Myślę że będzie niezła jazda. Resztę czasu w Kalkucie spędzam na szwędaniu się po ulicach i pstrykaniu fotek. Kalkuta to kolos, ogromna metropolia w której żyje prawi 20 mln ludzi. To dziewiąte skupisko stonki na świecie. To miasto to mozaika kontrastów gdzie wszelkie
przeciwieństwa egzystują wspólnie jako nierozerwalna całość. To multikuturowy motłoch. Pierwsze co rzuca się w oczy to brud. Na ulicach pełno śmieci, czasami smród nie do zniesienia. Ogromne kolonialne angielskie budynki, obdarte z tynków, bez okien. I nagle między tym wyrasta czterogwiazdkowy hotel, w szkle,w marmurach, z klimą, elegancka restauracja... A zaraz obok kobiety z dziećmi w stertach śmieci szukają czegokolwiek: jedzenia, jakiś przydatnych rzeczy....  Urządzają sobie między kartonami noclegowisko na kolejną noc....Wszędzie wałęsają się psy... Na ulicach gwar, pełno taksówek, rikszy.....  Tak postrzegam to miasto, takie mam odczucia i impresje.
Jutro wyruszam w morską podróż:) O Andamanch piszą paradis.... Zobaczymy. Mam plan ponurkować w fantazmagorycznych raf, które są tam dostępne, pobyczyć się na gorącym piasku, patrzeć w lazurowe morze, i pić drinki z palemkami:) Laptopa nie zabieram bo internet tam nie funkcjonuje, więc nie będzie mnie gdzieś przez 20 dni. Muszę wrócić przed 21 bo mam samolot do Kulu Lumpur, Święta chciałem spędzić w Tajlandii, a będę w Malezji... Po powrocie zdam relacje i zostawię foty.
Pozdrawiam Wszystkich, bardzo dziękuję za komentarze...
P.s. Drogi Stasiu i Zosiu. Momo rzeczywiście palce lizać. Dziękuję za chęć pomocy, ale mój trip to wielka niewiadoma i pełna improwizacja:) W razie W na pewno dam znać....
 Do zobaczenia after Andaman........
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Kalkuta?authkey=Gv1sRgCNTchsmYsefRTQ#

niedziela, 14 listopada 2010

Kathmandu

Dzień dobry Wszystkim:) 
 Witam po paru dniach przerwy. Od 3 jestem w nepalskiej stolic. Same miasto jakoś nie urzeka, ale Thamel (turystyczna dzielnica w której mieszkam), i stare miasto są piękne. W pierwszą noc spotykam Monie i Maćka których poznałem na szlaku. Okazuje się iż jutro wracają do Polski. No więc, pożegnalna impreza. Rozgrzewka u MiM w hotelu. Mała buteleczka i nie tak malutki joint. Następnie przenosimy się do uroczej knajpki o wdzięcznej nazwie Fullmoon. Gawędzimy do 1 o tym co nas spotkało w górach, MiM skakali na bandzo z 165m (drugi co do długości skok na świecie, koszt 60$, nie korzystam), opowiadają o wrażeniach skoku. W pabie, muzycznie króluje rege i Bob M. Zmęczenie materiału daje znać po pólnocy, żegnamy się i spać....
Dwa kolejne dni szwędam się po Kathmanu, łaże uliczkami, pstrykam foty. Łapie jakiegoś doła, nic mi się nie chce... Ostatni wieczór zarządzam tur de bar. Podczas wieczoru w jednej z kafejek ucinam miłą pogawędkę z barmanem. Koleś mówi mi że miesięcznie zarabia 30e, jego godzinowa stawka wynosi 16 centów!!! Co Wy na to panowie z Thermo??? :)
Jutro kończy mi się nepalska wiza. Za 2 godziny ruszam do Indii. Najpierw 9 godziny autobusem (wiem ze będzie około 12-13). Potem 2 godziny jeepem (przejście graniczne jest w górach). Następnie 20 godzin jazdy pociągiem do Kalkuty. Więc czeka mnie 2 dni uciążliwej podróży. Z Kalkuty ruszam na dwa,trzy tygodnie na Andamany. Ponoć raj na ziemi, 560 wysepek w zatoce bengalskiej. Następnie samolot do Malezji.... Taki jest plan. Co z tego wyniknie, zobaczymy.....
Zostawiam kilka fotek i Wszystkich  pozdrawiam. Następny post z Kalkuty.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Kathmandu?authkey=Gv1sRgCM77rv-zytmGYw#

wtorek, 9 listopada 2010

annapurna around czyli 17 dni w nepalskich himalajach

Witam Wszystkich po 3 tygodniowej przerwie. Wczoraj rano wróciłem z gór i ładowałem akumulatory:) Trek udał się znakomicie, miałem piękną pogodę, codziennie grzało słońce, 35 stopni, żar z nieba, bezchmurne niebo. Był jeden dzień anomalii pogodowej ale o tym później.  Wybór treków w Nepalu jest ogromny, można ich zrobić ponad 90, na większość trzeba mieć specjalne pozwolenia (ekstra kasa),lub iść w zorganizowanej grupie, ale jest w czym wybierać. Ja decyduję się na Annapurne Around z kilku powodów. Pierwszy: planowany czas 3 tygodnie, drugi: można zrobić wiele bocznych szlaków(nawet do 5tys), trzeci: chciałem zrobić Nar (pięciodniowy trek, gdzie trzeba mieć namiot i własne żarcie, ale za to można zobaczyć kompleks niepowtarzalnych świątyń tybetańskich), czwarty: przy odrobinie szczęścia można zobaczyć cztery ośmiotysięczniki. Naru nie zrobiłem, z powodów administracyjnych ale o tym również później.
Na początek kilka kardynalnych uwag natury organizacyjnej, (będzie kilka banałów). Dwie najbardziej podstawowe sprawy: buty i plecak. Dobre buciory to absolutna podstawa, by czerpać przyjemność z  górskiej włóczęgi. Niektóre drogi, były naprawdę trudne technicznie, (nieraz trzeba było iść nurtem rzeki), rano często drogi są zmrożone, jest ślisko, czasem na zboczu miejsca jest na jedną stopę. Ja sam długo miotałem się z wyborem butów. Paweł w tym miejscu wielkie dzięki i szacun w Twoją stronę. Stary dobrze że Cię posłuchałem i kupiłem Meindle. Polecam każdemu. Wygodne,(żadnych obtarć, odparzeń, bąbli), świetna protekcja przed wodą, po prostu luksus chodzenia. Plecak, wiadomo, jak z samochodem, wsiadasz i wiesz że to ten. Wybór jest ogromny, więc sprawę zostawiam otwartą. Mój spisuje się wyśmienicie. Jest moim garbem, idealnie dopasowanym do ciała. On i ja to prawie jedno ciało,jedno bez drugiego nie funkconuje:).  Trzecia sprawa: woda. Ekonomia górska jest prosta i brutalna (prawie jak same góry), czym wyżej tym drożej. W Pokharze butelka wody kosztuje 20 centów. Na tysiącu metrów kosztuje jurka. Powyżej 3 tys, butla kosztuje już 2,5E, powyżej 4 tys 3-3,5E.  W tym miejscu polecam tabletki do oczyszczania wody. Świetna sprawa, korzystałem z nich cały czas. Piłem kranówę( jest za darmo i ogólnodostępna), lub wodę z potoków. Nie miałem żadnych problemów żołądkowych, wszystko było ok. Uśredniłem cenę butelki wody do 1.5E (ponieważ większość czasu przebywa się ponad 3tyś metrów) Dziennie zużywałem 2 litry wody (wypijałem z półtora, reszta na mycie zębów)czyli płaciłbym 3E. Jeśli treking trwa 17 dni, za samą wodę trzeba zapłacić 51E. Za tą cenę spędzacie w Pokharze tydzień w luksusowym apartamencie, a tabletki do oczyszczania wody kosztują grosze, więc chyba warto(Kicia ukłony w Twoją stronę, dzięki za tablety). Kolejna sprawa to protekcja przed słońcem. Powyżej 4tysięcy, słońce sieka nie ubłagalnie. Widziałem Francuzkę, która spaliła sobie twarz (koszmar). Dobre okulary anty(PODSTAWA), filtry uv i koniecznie pomadka do ust uv ( Sabina teraz ukłon w Twoją stronę, a tak psioczyłem na co mi to).Ostatnia rzecz to czołówka. Absolutnie konieczna. Po 18 zapadają egipskie ciemności a z prądem jest różnie, a przeważnie go brak:). To tyle jeśli chodzi o sprawy kardynalne. Jeszce kilka uwag ekonomicznych. Noclegi na całej trasie od 1-2E, żarcie wiadomo czym wyżej, tym drożej ale średnio za 4e można zjeść syto. Powyżej 3 tys, ładowanie baterii, jurka za godzinę. Alkohol masakrycznie drogi, browar 5E, więc nie warto (chyba, że załapie  się na lokalny bimber ale o tym też później).
 Dobra, tyle smutów. Teraz krótka relacja o tym co mnie spotkało. Każdy dzień, ramowo wyglądał tak samo. Pobudka 5.30- 6.00. Śniadanie: zupa garlikowa i ginger tea(uwielbiam ją, w kubku pływa posiekany korzeń gingeru,pychota). Zero kawy, alkoholu (prawie). Marsz do 17-18. Kolacja. I tak, każdego dnia...
1 dzień Besisahar(820)- Bahundanda(1310)
Wyruszam autobusem do  Besisahar(820m). Autobus wyjeżdża o 6.30. Tu ogólna dygresja. Jeśli kiedy ktolwiek w Indiach lub Nepalu, zaśpicie na autobus, (nawet godzinę), nie wpadajcie w panikę. Bierzcie taksę i grzejcie na miejsce odjazdu. Wasz autobus na 99,99% na bank jeszcze nie odjechał. Jestem na przystanku 15 min przed czasem.  Ładuje się do środka. Boss autobusu zbiera bilety. Po mojej przeciwnej stronie, siada para starszych Japończyków. Okazuje się ,że mają bilety do Indii. Więc Boss tłumaczy im, że muszą szybko wysiąść i zmienić autobus. Japończycy nic sobie nie robią z uwag Bossa. Szczerzą swe zęby i kiwają głowami. Po 10 min, Boss traci cierpliwość i zaczyna być nieźle wkurw.... Japończycy twardo siedzą, błyszczą zębami i kiwają głowami (jak te pieski, które były kiedyś w dużych fiatach:)) Po kwadransie zjawia się  jakiś kolo,który gada po japońsku.  Małżeństwo w ogromnym pospiechu i lamencie opuszcza autobus, co oznacza że  powinniśmy zaraz odjechać. Nagle wraca Boss i oświadcza, że nie możemy jechać, bo brakuje dwóch osób. Kurwa... niewierze, myślę se, może to jest jakaś ukryta kamera albo coś... Jak ma nie brakować, jak minut temu, wyskoczyli Japońce... To chyba proste. Cyrk z listą i sprawdzanie biletów zaczyna się od początku... Odjeżdżamy z półtora godzinnym opóźnieniem...
  Z Besisahar jadę dżipem do Bhulbhule. Tylko 20 metrów różnicy poziomów, za oszczędza się 2 godziny marszu, po wyboistej drodze w 30 stopniowym upale. Koszt 1E. W samochodzie poznaje młode małżeństwo z Polski: Maćka i Monie (serdecznie Was pozdrawiam). Dwa dni spędzamy wspólnie. Maciej i Monia okazują się świetnymi piechurami, więc drepczą dużo szybciej niż ja. Poza tym mam lekko przeładowany plecak(żarcie i namiot). Dochodzimy do Bahundanda. Pierwszy nocleg, pierwsze foty, pierwsze widoki na góry....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him1?authkey=Gv1sRgCJ2Px8-I-eSROA# 
2 dzień Bahundanda- Tal (1700)
Dzień ciężkiej wędrówki. Pierwsze 2 dni są dla mnie okropne. Pnę się do góry w żółwim tempie. Pot ścieka ze mnie strumieniami. Plecak ciąży niemiłosiernie, piekielny upał... Trud re kompensują piękne widoki...  Do Tal dochodzę wyczerpany. Monia z Maciejem są już tu od godziny. Jemy wspólnie kolację. W menu widzę pozycję:"local beer", cena 80 centów. Zamawiam.... Dostaję rozcieńczony bimber z wodą. Moc trunku jest ogromna... W sekundzie czuję ciepło na całym ciele. W następnej jestem już w łóżku. Zasypiam jak niemowlę...
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him2?authkey=Gv1sRgCP2d5vmWzoicEg# 
3 dzień  Tal- Koto (2640)
W Tal zegnam się z Maćkiem i Moniką. Mamy różne tempo marszu, więc nie będę ich opóźniał. Wymiana maili i ruszam do Koto. Pomału moje nogi się rozkręcają, przestaję się tak intensywnie pocić, zużywam mniej wody. Do Koto dochodzę przed 17. W pensjonacie poznaje Francuza Erica. Jest instruktorem nurkowania i ma swoją szkołę w Marsylii. Odbywa podróż dookoła świata. Mówi że na święta chce być w Tajlandii (tak jak ja). Gawędzimy do północy. W każdym schronisku ( czasem brak) na środku jadalni, stoi koza, w której pali się drewnem, daje przyjemne ciepło i specyficzny zapach......  Można tak przy niej gadać do rana. Powyżej 2,5 tyś wieczory zaczynają być bardzo chłodne, temp. spada do kilku stopni, a czym wyżej tym wieczory zimniejsze...(powyżej 4 tyś spada nawet poniżej zera).... Eric idzie, spać a ja wychodzę jeszcze na fajkę.... Pierwszy raz widzę oblodzone szczyty sześciotysięczników w świetle gwiazd. Lodowate pokrywy, odbijają światło jakby świeciły własnym. Niesamowity widok......
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him3?authkey=Gv1sRgCLCIw6-eyL2lxAE# 
4 dzień Koto-Pisang(3310)
Rano postanawiam wyruszyć na Nar. Niestety na check point okazuje się, że jest potrzebne specjalne zezwolenie, którego oczywiście nie mam. Tłumacze kolowi w budce,że w Pokharze, pani w urzędzie powiedziała ze nie potrzebuje, ale kolo twardo się upiera i nie chce mnie wpuścić. Jestem nieźle wkur.... Taszczę namiot i żarcie, i co? teraz dupa? Postanawiam pogadać z tubylcami, znaleźć jakiegoś dowódce wioski, prezesa, wodza, kogoś kto ma jakąś decyzyjność.. Godzina łażenia i dupa,nikt nic nie wie. Wracam na Check Point i pytam kola ile? Ten się upiera przy swoim i chce zezwolenia. Daje za wygraną i odchodzę. Za chwile kolo wybiega, woła za mną i podaje mi cenę.... Nie pytajcie ile.... Chciałem kut... włożyć ten namiot w dupę..... Rezygnuje..Postanawiam korzystać ze swojego zapasu jedzenia, by jak najszybciej zniwelować ciężar garbu:) Ruszam do Pisang. Powyżej 3 tys czuję się świetnie. Nogi się rozchodziły,mięśnie przyzwyczaiły do codziennej ciężkiej pracy.. Jak co dzień wszystko re kompensują cudne widoki.....
 http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him4?authkey=Gv1sRgCLrIjLGQwsS8xQE#
5dzień Pisang-Bhraka(3439)
Do Bharaka ruszam okrężną drogą przez Ghyaru (3730). Można iść dołem, ja chce zobaczyć jak najwięcej. Dziś droga jest kamienista, z pod butów wydobywają się tumany kurzu.. Całą drogę spędzam w ciszy i samotności. Jestem tylko ja, droga, kurz spod butów, cisza którą słychać, i góry dookoła.... Magicznie....... Na szczycie Ghyaru jest niewielki schronisko.  Pierwszy raz widzę tu orły.... Niesamowite z jaką łatwością szybują nad górskimi szczytami.... Władcy przestrzeni i wolności... łał...
W Bhraka mieszkam w pięknym schronisku. Prowadzi je Nepalczyk, który całkiem dobrze gada po angielsku. Zagaduje mnie o mój tatuaż,pokazuje swoje. Były  robione przez Maurysa(jego dobrego kumpla) w Nowej Zelandii. Ucinamy se przyjemną pogawędkę. Swoje tatu robił aż 3 miesiące. Ma wydziarane całe plecy, mistrzostwo świata, dzieło sztuki.... Na kolacje zamawiam rollsy z grzybami- pychota, palce lizać. W jadalni są dwa starsze małżeństwa: Hiszpanie i Francuzi, i młoda parka: on jest pół Czechem- pół francuzem, ona pół Francuzką- pół Marokanką( o jej urodzie już chyba nie muszę pisać, śliczna landrynka). Leniwie toczy się gadka o dupie marynie. Nagle wchodzi boss i stawia na środku stołu plastikowe wiadro. Wszyscy walimy karpia, nikt nie wie o co chodzi. A w wiaderku suprajs: soki owocowe wymieszane z bimbrem, gest ze strony bosa. Wiadro zaczyna krążyć z rąk do rąk,rozmowa się ożywia, nagle( nie wiem jak?) wszyscy doskonale się rozumieją. I tak miło leci czas, aż przychodzi zmęczenie i wszyscy w jednej minucie  wloką się do pokoi. Zostaje sam. Nagle pojawia się boss i mówi żebym szedł za nim. Wchodzimy na ostatni segment schroniska a tam cała aparatura do pędzenia magicznego napoju i 1000 litrowy zbiornik!!! Pytam czy pełny, odpowiada, że prawie. Myślę se, niezły przemiał. W Irlandii jak zatankujesz 1000 litrów oleju to możesz grzać chałupę całą zimę. To pytam się, kurwa ile oni tego wypijają??? Boss nalewa po szklaneczce i znów gawędzimy do północy. Kocham ten kraj.... Serio.....
 http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him5?authkey=Gv1sRgCIfVq6KKh5u8hAE#
6 dzień Bhraka- Manang(3640)
Dziś w planie mam wędrówkę do Ghusang. Nie uchodzę nawet 30 min a spotykam Maćka i Monikę. Idą się zaaklimatyzować na Ice Lake(4600). Nie namawiają mnie długo. Zostawiam plecak w pierwszym hotelu, bossowi sali daje jurka by go dobrze pilnował i ruszam z nimi. 4600 metrów to już coś. Na szczycie przepiękne jezioro i cudowne widoki. Schodzimy do Manag, zamawiamy kolacje, gawędzimy chwile o pracy i takich tam pierdach. Jutro postanawiamy zboczyć trochę ze szlaku( na 2 dni) i zdobyć Tilicho Lake(4920). Szybko zmykamy spać, bo jutro długi dzień.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him6?authkey=Gv1sRgCPOghPa-zPOJsgE# 
7 dzień Manang- Tilicho Base Camp (4150)
Wyruszamy o 6 rano. M i M narzucają od razu ostre tempo. Ja odpuszczam i ugadujemy się, że spotkamy się w Tilicho Base Camp. Pierwszy etap prowadzi do Khangsar, nepalskiego miasteczka na 3700m.  Niby wiocha nie duża, ale bardzo rozlazła. I tu pierwszy zonk. Droga rozłazi się na 3 różne. Czekam aż ktoś nadejdzie, jakiś tubylec lub białas. Jak na złość, nikogo. Dobra, biorę mapę i wybieram tę najbardziej prawdo podobną. Oczywiście wybór był słuszny. Strzał w dziesiątkę. Po 40 min jestem w marnej dupie. Ścieżka gubi się na stoku zbocza, rozpływa w ciernistych krzewach. Na powrót nie ma szans, zbyt stromo.. Myślę se pięknie kurwa batonie.... W dole zbocza widzę most. Biorę mapę i go lokalizuję. Jeśli mam rację z pod mostu prowadzi powrotna droga do Khangsar. Na wariata, po żwirze zjeżdżam w dół.  Jest droga, wracam do miasta, jestem półtora godziny w plecy. Wracam na właściwy szlak. Po trzech godzinach drogi, spotykam starą Nepalkę. Mówi mi ,że muszę się cofnąć, bo tą drogą nie przejdę,bo jest zerwany most.  Mój szczęśliwy dzień. Kolejna godzina w dupie. Teraz idę na całego, ile da fabryka. Chowam aparat i gnam przed siebie. Droga jest naprawdę trudna technicznie.  Dopada mnie noc. Zakładam czołówkę. Na miejsce docieram wykończony. Marze o łóżku. Tu kolejna niespodzianka. Schronisko jest pełne.  Z góry zeszły już 2 duże ekipy i pokoje są zajęte, co oznacza, że musimy spać na dechach. Stonki, którą czeka podobny los, jest około 30 osób. Jedni śpią na stołach, my wybieramy miejsce pod. Zapachy cudowne, szczególnie gdy ekipa pościągała buciory. Myśle se, byle do rana...
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him7?authkey=Gv1sRgCM3U-8jXodumpwE# 
8 dzień Tilicoo Base Camp - Tilicho Tal (4920)- Khangsar
Dzień bez przygód. Atak na 5000 metrów. Na górze cudne jezioro (z 3 razy większe, niż Morskie Oko) i powrót do Khangasar. Codzienny trud wędrówki, wynagrodzony fanta stycznymi widokami. W drodze powrotnej wieje silny wiatr. Wiatr w górach pod wieczór to zmiana pogody... Obym był złym prorokiem
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him8?authkey=Gv1sRgCMzRzJDOqqHykAE#
9dzień  Khangsar- Ledar (4200)
Wracam na główny szlak .Ugaduję się z M i M na nocleg w Ledar. O poranku widzę ciemne chmury na niebie, co nie wróży dobrze. Mimo wszystko wychodzimy. M i M wyruszają 30 min wcześniej. Po godzinie wędrówki, widoczność spada do kilku metrów, zaczyna padać śnieg. Góry ukazują swą niedostępną stronę. Po 30 min ścieżka, znika pod białym puchem. Zaczyna się robić nie miło. Na szczęście  doganiam grupę z Izraela, mają przewodnika. doczepiam się do nich i szczęśliwie docieram do Ledar. Jestem zmarznięty i zmęczony. Szukam Maćka i Moniki. Niestety nie ma ich w Ladar. Więcej ich nie spotykam.  W schronisku zamawiam ciepłą herbatę, włażę do śpiwora i staram się zasnąć. Dopada mnie chandra samotność... Chce szybko oddać się w ramiona Morfeusza.....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him9?authkey=Gv1sRgCOSwyMKto9nhxAE#
 10 dzień Ledar - High Camp (4925)
Zdobycie przełęczy Thorung Laass, coraz bliżej, High Camp to ostatni punkt przed  osiągnięciem celu. Pogoda wróciła do normy. Bezchmurne niebo, ponad 30 stopni. Cały dzień spędzam na mozolnej wspinacze do góry. Po drodze spotykam Izraelczyka Jhonathana,pniemy się razem do Thorung Phedi (4450). On tu zostaje i stąd chce atakować przełęcz, poza tym jego kumple ze Szwecji już tu na niego czekają. Ja wdrapuję się na High Camp, podchodzę na piękny View Point, pstrykam foty, zamawiam kolacje, wchodzę do śpiwora.. Jutro ciężki dzień. 4 godziny do celu, a potem 5 godzin w dół do  Muktinath.... Zasypiam w mgnieniu oka....
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him10?authkey=Gv1sRgCPTzkJmOgNfrwwE#
 11 dzień Thorung Lass (5416) rekord życiowy, wyżej jeszcze nie byłem- Muktinath(3760)
Wstaję o 6 rześki i wypoczęty. Czuję się świetnie. Zamawiam garlic suop, ginger tae, i go zdobyć wyznaczony cel. Droga ciągnie  się w nie skończoność. Krok po kroku pnę się do góry. Na 5000 tyś, łapie mnie lekki ból głowy. Mimo to o 10.20 fanfary. Zrobiłem to!!! Jestem z siebie zadowolony. Zrzucam plecak, delektuje się swym własnym sukcesem:) Pstrykam foty i po 30 min, czas na drogę w dół. Trzeba zejść prawie 1800 metrów w dół i to sporo kilometrów.  Tuż przed Muktinah dogania mnie Jhonathan, i razem lądujemy w hotelu Monalisa. Zamawiamy kolację, biorę ciepły prysznic (po 4 dniach, to jak przywilej dla bogaczy). Jhonathan opowiada mi jak rzucił pracę i podają 6 miesięczny wolontariat w Nepalu jako nauczyciel) Gawędzimy parę godzin, ja gdzieś po 22 zapadam w głęboki sen.
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him11?authkey=Gv1sRgCMeBs_3HspvJZA# 
12 dzień Muktinath- Lupra (2790)
Zaczynam drogę powrotną do Pokhara. Proponuję Jhonathanowi boczny szlak do Jomosom przez Lupre. Zgadza się bez problemu i postanawiamy wędrować wspólnie. Droga do Lupra to widokowo jeden z piękniejszych szlaków jakie zrobiłem. W miarę upływu czasu Jhonatan zaczyna mnie coraz bardziej mierźić. Gada jak najęty, zadaje setki pytań, ciągle przystaje by robić foty.Gdy dochodzimy do Lupra jest 16 a plan dojścia do Jomosom, lekko się rozpływa. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zostajemy w Lupra. To prawdziwa Nepalska wioska, bez schronisk, bez sklepów . W wiosce żyje 200 mieszkańców. Śpimy w prawdziwym nepalskim domu i jemy żarcie  które kobita robi na glinianym piecu. Wnętrze chaty jest skromne. Jedna szafa, dwa materace to wszystko.... Niesamowite doświadczenie. I pamiętajcie. Jeśli Nepalczyk zaprosi Was pod swój dach, na progu ściągnijcie buty. Gdy zasiądziecie do stołu,  przed jedzeniem umyjcie prawą rękę (woda w dzbanie na stole jest właśnie po to a nie do picia) i nigdy nie jedzcie lewą ręką (jest nieczysta tubylcy się nią podcierają) Podchodzą do tego bardzo serio i łatwo palnąć gafę. Po posiłku chwilę gadamy, Jhonathan chce mnie namówić na szachy. Ja jestem zmęczony, gram kiepsko, odmawiam i kładę się spać.
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Him12?authkey=Gv1sRgCN_S4Jvbvpe7Bw# 
13 dzień Lupra-Tukuche
Wychodzimy o 8 rano. Wysypiam się na maksiora. Pierwszy przystanek to Jomosom, mieścina w której jest jedyny bankomat na całym  szlaku. Jedyny i oczywiście popsuty. To komplikuje mi trochę życie, ponieważ mój budżet jest na wyczerpaniu. Tu rozstaje się z Jhonatanem, mówię że muszę szybko zejść w dół. Zostało mi z 2500 rupii a jeszcze z 5 dni na zejście, czyli rewelki nie ma. Ustalam szybko plan działania. Codziennie 10 godzin w dół ile da farbka.
14 i 15 dzień  Tukuche- Gasha- Tatopani (1190)
Dwa dni intensywnego zbijania wysokości. Spędzam dwa dni całkowicie sam skon centrowany na schodzeniu.Delektuję się widokami i od czasu do czasu robię foty. W Tatopani mój budżet wynosi już tylko 1400 rupii (1,4E) mimo to postanawiam zrobić jeszce jedno 3000m:) Ostatni nepalski szczyt: Pon hill 3250m.
16 i17 dzień Tatopani- Ghorapani- Birethani:)
Mimo problemów budżetowych ładuje ostatnie 3 tys do góry. Nie zawieram żadnych znajomości, bo odległości są spore. Od 2 dni w Nepalu trwa jakiś festiwal. Tubylcy od rana do wieczora łażą odużeni, bimbrem i marychą. A propos. Każdy szanujący się Nepalczyk, żyjący w górach, ma gdzieś na stoku ukryte poletko zielonego:) Czasem idąc pięknie pachnie, gdzieś z  pośród zwykłych krzaczorów:) W czasie festiwalu palą wszyscy: kobiety, mężczyźni, młodzież, wspomagają się miejscowym napojem magicznym. Ostatniego dnia dochodzę do Birethani na czołówce. Znów dopadła mnie noc. Oczywiście do Pokhary już nic dziś nie pojedzie, bo wszyscy są w innych stanach świadomości a ja jestem w marnej du.... Myślę czas na namiot. Nagle zaczepia mnie jakaś kobieta, pyta czy nie potrzebuje pokoju. Ja mówię ze owszem, ale nie mam kasy. Ona na to ok. Daje mi za 50 rupii (pół jurka) pokuj i żarełko za darmochę (micha ryżu, niebo w gębie). Rano łapie autobus do Pokhary, włażę na dach (połowa ceny), zjeżdżam do mego pensjonatu i gnam do bankomatu.
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Himalaje?authkey=Gv1sRgCO3nubKGvMbVlAE# 
Na miejscu biorę prysznic, długi, 20 min. Wrzątek, bardzo przyjemnie. Wkładam czyste,świeże ubranie. Idę na miasto, zamawiam dużo dobrego jedzenia, pyszną kawe z ekspresu, a na koniec zimnego browara. Przez 2 dni nie robie nic. LENIUCHUJE......

piątek, 22 października 2010

O tym jak pokochałem Nepal, o przygotowaniach do trekingu, i znów o znieczulicy

Dzień dobry witam Wszystkich:)
Jestem w Pokhara już 3 dzień i zakochałem się w tym miejscu.  Asymilacja z rodziną u której mieszkam odbyła się błyskawicznie. Mimo, iż pobierają za to forsę, czuję się tu prawie jak w domu. Każdego poranka słońce ściąga mnie z łóżka już po 6 rano, a pensjonat zaczyna tętnić własnym życiem. Dzieciaki zaczynają się szwędać, zajmują całą przestrzeń, jest ich pełno wszędzie.  Bardzo mnie polubiły i przestały się wstydzić. Włażą mi na kolana,gdy piję poranną kawę, pokazują mi swoje zabawki... Uwielbiam je... Siedzę na patio, delektuję się poranną kawą i promieniami słońca. Kobiety wynoszą z kuchni gary, zaczynają sprzątać, myć, obierać warzywa, suszą grzyby....  Codzienny normalny rytuał, ja siedzę trochę z boku obserwuję cały ten ruch, ale nikt na mnie nie zwraca uwagi. Jakbym stał się częścią tego domostwa.... Miłe uczucie....
Dziś załatwiam pozwolenia na treking. Omijam agencje, które naciągają na podwójną cenę i szukam urzędowego biura nepalskiego, wydającego zezwolenia. Po 30 min znajduję lokal. Barak z blachy....  Cieciówka w termosie wygląda przy tym jak pałac prezydencki. Włażę do środka... Alleluja jestem na miejscu,w 5 min załatwiam wszystkie pozwolenia. Trzeba mieć 2 i do każdego dołączyć 2 zdjęcia. Urzędy Nepalskie i Indyjskie namiętnie kolekcjonują fotosy. Po co im tyle?? Oczywiście ofiss jest pusty, nie ma żadnych turystów . Za wszystko płacę 3500 rupi (35e) w agencjach chcieli nawet 2 razy tyle. A propos agencji. W Indiach warto z nich korzystać. Płacić się ciut drożej ale zaoszczędza się mnóstwo czasu. Dla przykładu: bilet z Agra do Varanasi kosztuje 200 rupi(ok4e). W agencji płacisz 300. Co oszczędzasz?? Czas. Znalezienie okienka w którym sprzedają bilety trwa wieczność. Oczywiście nikt z Hindusów nie wie gdzie jest owe okienko. Na miejscu  trzeba wypełnić kolejne 3 strony aplikacji. Jeśli jesteś sam, masz 15 kilo na plecach, jest 33 stopni...... Warto w agencji zabulić 2 euro więcej. Niestety agencje w Nepalu, tną ostro. Warto poszukać rządowych instytucji(wszytko jest w necie) i można za oszczędzić sporo kasy.
Po załatwieniu formalności, postanawiam zjeść obiad w jednej z przemiłych restauracji. Czekając na posiłek do kafejki wpada nepalska dziewczynka i prosi ludzi o forsę. Patrze w jej oczy, czarne i przepełnione smutkiem, kurwa znowu nie wytrzymuje.... Oczywiście nikt z białasów się nie rusza, Wszyscy gapią się w sufit i uciekają wzrokiem. LUDZIE- plis, jesteście obładowani kamerami, aparatami, laptopami....co, na nic Was nie stać?... Pytam dzieciaka czy jest głodna... Kiwa głową, że tak. Zamawiam jej ryż z warzywami i herbatę. Pochłania wszystko w kilka minut,. Nie chce wiedzieć kiedy jadła ostatni raz... Zaczyna mi dziękować... Proszę żeby poszła a napiwek dla kelnera, daję jej do ręki. LUDZIE- tak dużo trzeba? Za jej żarcie płace 3 jurki, w zamian widzę szczery uśmiech i szczęsćie w oczach dziecka.... Oczywiście cała knajpa patrzy na mnie jak na Yeti.... Zastanawiam się kto tu nie pasuje i jest nienormalny.... Wracam do hotelu..... Zamawiam 2x gin z tonikiem......
Dziś ostatni dzień w Pokhara.  Robię ostatnie zakupy: termos,trochę lekarstw, 2 kilo czekolady, energetyczne żarcie, butelka ginu (w razie w...) Część bagażu zostawię w depozycie w hotelu, zabieram te najbardziej potrzebne. Zostawiam również laptopa, więc nie będzie mnie przez około 20  dni. Zabieram ze sobą notes, by żadna myśl mi nie uciekła. Po powrocie od razu zdam relację. W tym miejscu chcę podziękować Wszystkim którzy obserwują moje losy. Wielki dzięki. Specjalne podziękowania dla Stasia i Zosi..... Miło, że  podróżnicy Waszej klasy obserwują poczynania żółtodzioba. Wielkie DZIĘKI WSZYSTKIM. Dodajecie mi sił........
Jutro o piątej pobudka..... I czas na potyczkę z największym górskim masywem świata......
Pozdrawiam Wszystkich i do usłyszenia gdzieś za 3 tygodnie:)
 P.s. Arku i Pawle. Nepal to kraj dla Was, tu króluje wegetarjanizm, zero mięcha. Warzywa rządzą. Pozdrawiam  Was ........
http://picasaweb.google.pl/krzychorama/Nepal2?authkey=Gv1sRgCLGcsOOAxfTC4QE#
P.s Szanowny Stasiu, dzięki za namiar na pierożki, na bank spróbuje, ukłony również dla Zosi

środa, 20 października 2010

O podróży do Nepalu, o tym jak o mało nie trafiłem do więzienia i kilka innych historii

Witam ponownie po kilku dniach przerwy
 Sporo się wydarzyło przez te parę dni, wiec jak zawsze postaram się krótko i zwięźle. Pisze ten tekst siędząc w ogródku, na wiklinowym koszu, w pięknym pensjonacie, nad brzegiem jeziora, a prze de mną piękne góry pokryte tropikalną roślinnością (przedsionek dachu świata). Jest 35 stopni, siedzę pod wiklinowym parasolem, sączę zimnego browara, i zabieram się za pisanie.   Więc po kolei, jak się tu znalazłem.
W Varanasi kupiłem bilet do Samouli za 400rupi (ok5e) do przejścia granicznego z Nepalem. Wyjazd 6.30 rano.  Podróż ma trwać 9 godzin. Bez przeszkód dojeżdżam na miejsce odjazdu. Na przystanku same białasy więc zrobiło mi się raźniej. Ekipa szybko się asymiluje, więc znów poznaje sporo ludzi. Ja cała drogę spędzam ze Szwedem Johnasonem. Autobus wydaje się być ok. Moją uwagę przykuwa kierowca który ma wysunięta dolną wargę jakieś 3 cm w stronę nosa tak ze prawie nie widać mu górnej. Chłopek ma z metr pięćdziesiąt w kapeluszu więc dosyć śmiesznie wygląda. Dostaje ode mnie ksywę "kacza wara". Oprócz tego ma zastępce  i dwóch pomagierów. Myślę spora ekipa ale cóż co kraj to obyczaj.  Otóż Kacza Wara perfekcyjnie nadaje się do japońskiego wojska, jednostki kamikadze. W CV  może napisać: ekspiriens- exelent. Kurwa, koleś przez cała  drogę nie ściąga nogi z gazu, jedzie przeciwnym pasem ruchu i wymija na czwartego. W jednej z mieścin przez które przejeżdżamy potrąca Hindusowi rower, a sam Hindus ledwo uchodzi z życiem. Wszyscy są trochę przerażeni, ktoś mówi ze trzeba stanąć, może pomóc temu człowiekowi. Kacza wara szczerzy szczerbate zęby, mówi" no problem" i zapierdala dalej. Staram się zasnąć nie mogę na to patrzeć. A teraz wyjaśnię po co w autobusie pomagierzy. Otóż zatrzymujemy się w każdej mieścinie prze którą przejeżdżamy. Kacza Wara wpuszcza tubylców a pomagierzy biorą od nich forsę. Tubylcy płacą połowę normalnej ceny,są zadowoleni, kasa trafia do kieszeni Kaczej Wary. Ekonomiczna maszyna się kręci, więc wszyscy są happy. Wszyscy oprócz nas. Przez ciągłe postoje, jedni tubylcy wchodzą inni wychodzą, zatrzymujemy się co pół godziny,  i zamiast jechać 9 godzin jedziemy 14. I tak funkcjonuje tu cały system przewozowy. Do granicy trafiamy o północy. Załatwiamy formalności wizowe i jestem w Nepalu. Kacza wara oznajmia że w cenie biletu jest darmowy nocleg w  hotelu Paradise ze jutro o 5,30 autobus zabierze nas do Pokhary, również za free.Myślę se ok ale czuje tu jakiegoś dila. Hotel Paradise okazuje się najgorszą norą w jakiej do tej pory mieszkałem. Zdjęcia zostawiam w linku. W pokoju śmierdzi, wali z kibla tak, że chce mi się puścić pawia. Prześcieradła nie widziały parania chyba z rok. I wszędzie pełno robactwa: karaluchy i cała masa stworzeń którego nie potrafię zidentyfikować. Jest 1 w nocy, myślę jakoś wytrzymam te 4 godziny. Rozkładam śpiwór, i przykrywam się własnym prześcieradłem.  Wcześniej przy załatwianiu formalności meldunkowych (zawsze trzeba wypełnić 2 stronicową aplikacje, kserują Ci paszport, wizę) bukuje sobie hotel w Pokharze za 300 rupi (3E). Koleś pokazuje mi prospekt hotelu,mówi ze jest jego właścicielem i że dowóz taksą będzie free. Oglądam foty i widzę całkiem fajną miejscówę, więc bukuje hotel. Jak się okazało ten fakt uratował mi życie. Rano o piątej budzą nas hindusi, i mówią ze autokary już stoją. Wstaje, cała prawą rękę ma pogryzioną przez jakieś robactwo. Wyskakuje mi pełno bąbli. Zamawiam  na szybko kawę. Po kawce idę na dymka, na niewielkie patio, które jest  wewnątrz hotelu. Patio jest malutkie, z boku są kible a obok stoi jakaś machina, chyba agregat. Kończę palić, i rzucam peta pod agregat. Pet ląduje w kałuży(myślałem ze to woda),niestety była to ropa wyciekająca z agregatu. W sekundzie plama ropy się zapala, a zaraz potem kable elektryczne które były izolowane jakimś płótnem. Kurwa, kto izoluje kable płótnem. Płomienie dochodzą do jakiegoś zbiornika i nagle bum.... Pierdolnęło jakby ktoś rzucił granat. W sekundzie zjawia się cały staf hotelowy. wszyscy krzyczą,ktoś ugasił pożar. Jestem w szoku,ale pomału zaczynam racjonalnie myśleć. Pierwsze co mi przychodzi do głowy, to wykorzystać zamęt i stąd spierd... Delikatnie, pod ściną przesuwam się w stronę korytarza. Już prawie jestem u celu a tu jakiś hindus drze  mordę, że to moja wina bo tu paliłem.  Na miejscu pojawia się policja i jacyś karabinierzy. Hindus, który chyba jest przywódcą całej ekipy, mówi ze mam zapłacić 10000 rupi bo inaczej pójdę do więzienia. Patrze na gliniarzy i myślę, że koleś nie żartuje. Zacząłem się intensywnie pocić, myślę se no to pięknie. A miało być tak fajnie... Na całe szczęście zjawia się kolo u którego bukowałem bilet,mówi że jestem jego the best frend. Ocenia straty i mówi za jak dam mu 20 baksów to wszystko będzie ok. Bez zastanawiania się daje kolesiowi kasę i wszyscy się rozchodzą. Wykończony, biorę plecak i idę do autobusu, w którym ekipa czeka już na mnie od 30 min nieźle wkurwiona. Pytają co się stało, ja nie mam siły z nikim gadać. Zajmuje miejsce obok Szweda i ruszamy. Podróż miała trwać 6 godzin. Trwała 11. Postoje co piętnaście, dwadzieścia minut. Tubylcy wchodzą i wychodzą, taszczą przy tym toboły, klatki z kurami i huj wie co jeszcze. Nasz autobus, wygląda jak pojazd z Mad Maxa, zero klimy, dzieciaki rzygają, na zewnątrz jest 33 stopnie, w autobusie smród nie do zniesienia. Fizycznie jestem wykończony. Zmęczenie fizyczne, re kompensują mi widoki za oknem. Jedziemy zboczem doliny, w dole płynie rzeka,a na zboczach tropikalna, soczysta zieleń.  Staram się zasnąć ale nie potrafię. Siedzę przy oknie. Nagle patrze a jakaś  kobita wystawia malutkie dziecko przez okno. Myślę se zwariowała, chce wyrzucić dzieciaka?  I w sekundzie przebłysk myśli- dzieciaczek będzie robił siussiu. W ostatniej sekundzie chowam łeb do środka i zamykam okno. Ufff ledwo co.... Następną godzinę męczę się przy zamkniętym oknie, czekam aż wyschnie.  Ucinam pogawędkę z Johasonem i mowi mi za ticket 700 rupi a nie 400. Pierwszy raz to ja wycyckałem hindusów.... ta myśl pozwala mi znieść podróż do końca. Na przystanku, czeka na mnie hindus i trzyma kartkę z napisem Mr.  Krz   y s   of. Kapuje ze chodzi o mnie, i kolo za free wiezie mnie do hotelu.. Hotel jest mega wypas. Mam WANNĘ w pokoju z malutkim wodnym masażem. Po 25 godzinach w autobusach i nocy spędzonej w Paradajs, biorę długi ciepły prysznic i jem porządną kolacje. Jestem jak nowo narodzony. Postanawiam zostać w tym hotelu, lecz okazuje się ze cena za kolejne noce jest 3krotnie wyższa. Recepcjonista mówi, ze to to jakiś błąd, ze jedną noc ok ale następna 3 razy drożej. Dziękuję kolowi i 3 domy dalej znajduje mój pensjonat. Jest bardzo ładny, prowadzi go nepalska rodzina.... Dzieciaki szwędają się wszędzie, w pięknym ogrodzie są wiklinowe fotele i parasole.... Na ziemi kobiety suszą grzyby, papryczki chilli, pięknie pachnie... Mili Państwo Nepal jest piękny, Pokhara to jedna z piękniejszych miejscowości jakie widziałem w życiu. Wszędzie cisza i spokój... A w nozdrza, uderza powiew znad gór, potężnych Himalajów, dachu świata..... Jutro załatwiam pozwolenia na treking i go.... Zobaczę 4 szczyty ośmiotysięczników.... Jestem mocno podjarany..... Pozdrawiam wszystkich i dzięki jak zawsze ze tu zaglądacie...
http://picasaweb.google.pl/krzychorama/FotyNepal1?authkey=Gv1sRgCOnhsLaFz5bC8wE

sobota, 16 października 2010

ostatni dzien w Varanasi

Hej Ludkowie:)
Dziś niedziela i mój ostatni dzień tutaj. Spędzę go  na dachu hotelu na którym się już bardzo zadomowiłem. Dzień  spędzam na zbieraniu ostatnich informacji o Nepalu, Himalajach i treku. Po południ mały spacer, potem przepakowanie plecaka, i dobrze się wyspać. A w poniedziałek rano go to Nepal.....
Rano  w restauracji przytrafiła mi się dziwna sytuacja. Przed 8 wywlekłem się na śniadanie. Zamówiłem kawę i tosta, Było już sporo osób. Nagle na balustradzie pojawia się mała małpka. Wszyscy są zachwyceni, wyciągają aparaty, robią fotki i gadają do małpeczki ja do dziecka: pi, pi , fany monki. A tu nagle małpeczka robi susa myk na mój stół wylewa  kawę i podpierdala fajki i zapalniczkę. Wszystko trwa sekundę małpa znika a ja jestem trochę zdezorientowany.  Uff myślę se dobrze że miałem na stole tylko fajki i zapalniczkę. Jak się okazuje to nie koniec spektaklu. Po minucie na balustradzie pojawia się małpeczka z moimi fajkami i zapalniczką. Pierwsze co robi wyrzuca zapalniczkę, następnie pokazuje mi środkowy paluszek, a potem zjada fajka po fajce. Jestem trochę na małpkę wkur... że tak kpi sobie zemnie.. Po tytoniowym śniadanku, małpka znika, więcej się nie pojawia a mnie od rana wszyscy częstują papierosami i mówiąc:" careful to monki". Dowcipnisie.......
Znikam, na koniec zostawiam kilka fotek, i jak zawsze Wielkie Dzięki ze tu zaglądacie i czytacie to maje marne popłuczyny:) Do usłyszenia z Nepalu.
http://picasaweb.google.pl/krzychorama/Var3?authkey=Gv1sRgCJzCje_tw7m7igE#

piątek, 15 października 2010

Varansi cd i Sarnath i troche o jedzeniu:)

Dzień dobry Wszystkim:)
Pisze tego posta o wschodzie słońca na dachu mojego hotelu. Wieje przyjemny wiatr i w końcu nie jest tak gorąco, (bo jest 7 rano). W Varanasi siedzę jeszcze do poniedziałku. Z trzech powodów: primo- to piękna miejscówka, bardzo mi się podoba i po całym dniu włóczęgi na dachu można wypić zimnego browarka (czasami mozna kilka). Sekundo- dziś w nocy rozpoczyna się tu potężny festiwal, big party, gdzie stonka ma tańczyć do białego rana. Chcę to zobaczyć.Po tercjo- z powodu festiwalu pierwszy autobus do Nepalu odjeżdża w poniedziałek rano, mam na niego bilet( ale wiadomo tu wszystko się może zdarzyć).
   Wczoraj z Krisem (Kanadyjczykiem) postanowiliśmy się wybrać do Sarnath. Jest to mała mieścina oddalona o 12 kilometrów od Varanasi. Jest to jedno z najświętszych miejsc dla Hindusów. Otóż   
według tradycji  Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie na temat "Wprawienia w Ruch  Koła Dharmy", zwane Dharmaczakraprawartana.   Z tym kołem to trochę skomplikowane, chodzi o trzy wielkie cykle poznawania siebie i świata. Nie znam się na tym a wszystkich zainteresowanych odsyłam do wikipedi jest tam tego sporo.
 W samym Sarnath  odpoczywam i relaksuję się potwornie. Mnóstwo parków, świątyń, ruiny starego miasta,
 Spędzamy tu parę godzin i z powrotem postanawiamy wracać na piechotę. W czasie marszu zaczepia nas mnóstwo dzieciaków i prosi o pieniądze. Z początku jakoś sobie z tym radze, Ale gdy podchodzi do mnie piękna 5letnia dziewczyna, która na plecach ma w jakąś chustę zawinięte niemowlę....  kur... nie wytrzymuje, rozdaje im całe drobne jakie mam... Większość ludzi pisze, by podróżować po tych krajach trzeba mieć znieczulice. Oświadczam nie mam znieczulicy... Myślcie co chcecie... Po powrocie do hotelu idę na górę zamawiam browary i nie gadam z nikim.....
  Dobra miało też być trochę o jedzeniu. Niestety w kwestiach kulinarnych i smakowych jestem batonem więc opis nie będzie zbyt adekwatny. Fundamentalną podstawą indyjskiej kuchni jest ryż i kurczak. Można je tutaj zamówić na tysiące sposobów: ostro, słodko kwaśno, jak również wszytko na raz. Sukcesem tej kuchni jest  właśnie łączenie smaków, Jak coś jest słodko kwaśne to takie właśnie jest. Czyli nie jest ani za słodkie ani za kwaśne i jakoś się nie wyklucza. Oczywiście bogactwo warzyw i przypraw których tu używają, wykracza poza moją zanjomość kulinarną,wiec na tym koniec. Ja osobiście próbuję wszystkiego na ostro: uff wiedzą co znaczy chilli.
 Pozdrawiam Wszystkich i bardzo Wam dziękuje ze tak często oglądacie tego bloga. Dużo mi z tym lepiej 
Dzięki
http://picasaweb.google.com/krzychorama/VaranasCdAndSarntah?authkey=Gv1sRgCMu1m6LEydb1Nw#

czwartek, 14 października 2010

http://picasaweb.google.com/krzychorama/VARANASI?authkey=Gv1sRgCI2fgbHTnrORPw#Witam po małej przerwie:)
Od 2 dni jestem w Varanasi i sporo się znów wydarzyło. Postaram się krótko i zwięźle opisać najważniejsze wydarzenia. W pociągu z Agra poznaje dwie czeski: Joane i Viere. Pomagam dziewczynom wrzucić bagaż na ich koja, zaczyna się bla, bla bla i staje na tym ze poszukamy na miejscu razem pokoju. One mają namiar na dobry hotel z przewodnika. Wiec po wyjściu ze stacji szukamy owego lokum. Po długi targach z rikszarzami dojeżdżamy na miejsce. Hotel owszem jest niezły ale drogi. Po negocjacjach targujemy pokuj za 6 jurków na głowę.Bierzemy prysznic i idziemy cos zjesć. Laski się uparły zeby isć do Shanti Guest bo ponoć w przewodniki piszą ze tanio i dobrze. Przestaje im ufać. Jednak okazuje się ze jest to strzał w dziesiątkę. Restauracja znajduje się na dachu( 5 piętro) hotelu w którym aktualnie mieszkam. I tu w ciągu paru minut poznajemy niesamowitych ludzi: parę Słowaków, Kanadyjczyka Krisa, Niemca Pashala, jakiegoś austryjaka. Nagle na stole pojawiają się browary a z rąk do rąk krążą jointy.  Zaczynają się snuć historie: kto, gdzie, jak, na co, dlaczego itd.  Po osiemnastej zapadają ciemności i na dachu pojawia się robactwo różnego rodzaju. Nie pytajcie jakiego... Do 2 browca zwracam na to uwagę, odpędzam je od siebie. Po następnym mam już to w du... Mało tego, nie wiadomo skąd, na brezent który służy jako dach, wylazły 15 centy metrowe jaszczurki. Myślicie ze ktoś się przejął, w Indiach to normalka... Robi się po 22.  Musimy wracać bo nasz hotel zamykają o 23. Ugadujemy się z całą ekipą ze spotykamy się o 5 rano nad gangesem i wynajmiemy łódź na spływ.  Jesteśmy za piętnaście jedenasta w naszym lokum a tu echo, kłódka na drzwiach.Po 3min tłuczenia cieć nas wpuszcza i szybko idziemy w kimę. Jakoś nie chce mi się wierzyć w skuteczność porannej wyprawy ale nastawiamy budziki na 4. Wstajemy z oporem, ale doprowadzamy się do pionu i wleczemy na miejsce spotkania. O dziwo na miejscu jest już Kanadyjczyk z parą Słowaków. Patrze na ich twarze i nawet nie pytam o której skończyli balety (czy w ogóle skończyli). W ciągu 10 minut zjawia się cała brygada: dochodzi Niemiec i austyjak. Dobijamy szybko targu z przewoźnikiem, 2 jurki za łeb i wsiadamy na łódkę. Kupujemy za jurka od dzieciaka miseczki z kwiatami,by je zapalić i puścić z wodami Gangesu( hołd dla zmarłych)
    Wypływamy gwarną ekipą zanurzając sie w ciemnościach Gangesu. Rozmowy jednak szybko milkną ,bo oto mijamy miejsce krematorium. Na brzegu widać płonące stosy  z ciałami. Nad rzeką unosi się zapach dymu i palących ciał który kłuje w nozdrza. Już nie słyszę żadnych głosów,  słyszę cisze i trzask dymu. Zapalamy  spodeczki z kwiatami i puszczamy z prądem.... Niesamowita chwila. Miejsce w którym życie i śmierć stają się jednym i tym samym, zamyka się krąg początku i końca. Dym.... jest a za chwile go nie ma... ciężko nawet go zdefiniować, jag by wymakał się rzeczywistości... Jednak idealnie oddaje nastrój chwil...
    Z letargu i zadumy wyrywają nas dzwonki. To mnisi wychodzą na brzeg Gangesu, zapalają mnóstwo świec i pinkają w swoje dzwoneczki.  Słonce już pomału odsłania mętne tonie świętej rzeki. Nagle jeden ze Słowaków wyciąga blanta... Myślę se zwariowali jest po 5 rano a oni już zaczynają... W końcu blant trafia do mnie. Myślę se nie... Dobra kłamie, nie myślę tylko biorę 2 mocne buchy... I znowu cisza... ale inna. Wszyscy mają zawieche, patrzymy na spektakl światła jaki funduje nam słonce w wodach Gangesu.... Cudownie... Po kilku minutach moze kilkunastu ekipa zaczyna się komunikować:) Robimy foty kąpiącym się hindusom i wwracamy z powrotem. Każdy wygląda na nieźle zużytego więc bez słowa rozchodzimy się do pokojów. Dziewczyny kładą się spac,ja w ślad za nimi. Wstajemy przed 12 zdajemy pokuj, ja przenoszę się do Shanti. Po południu włóczymy się po mieście a po 18 dziewczyny idą na pociąg, jadą gdzieś pod nepalską granice. Wymieniamy maile i zostaje sam...
 Jako ciekawostka dodaje ze impreza dla umarlaka, a raczej jego familii kosztuje 2000 rupi czyli 40 jurków. to całkiem sporo....

poniedziałek, 11 października 2010

Agra dzień relaksu, łazikowania po mieście i robienia fot

Witam Wszystkich)
Dziś zaplanowałem dzień relaksu. Szwędam się po mieście, robię fotki, delektuję się słońcem i różnorodnością indyjskiej ulicy. Ulica zaczyna żyć tuż z pierwszymi promieniami słońca. Niesamowite jagby Hindusi mieli wszczepiony jakiś perfekcyjny zegar w swe ciała. Idealnie o wschodzie, w jednej sekundzie na ulice miasta wkracza życie, jazgot, ruch gwar, motoriksze, krowy, wózkarze, sklepikarze, rzemieślnicy. To wszystko jakoś cudownie ze sobą współpracuje i tworzy harmonie choć na pierwszy rzut oka tym wszystkim rządzi chaos. To tyle na dziś. Wieczorem pociągiem udaję się do  Varanasi gdzie obcuje się ze Śmiercią. Pozdrawiam i zostawiam linki do nowych fotek. Dziękuje wszystkim którzy oglądają i odwiedzają mego bloga To dodaje mi sił. Dziękuje wszystkim.
P.s
Kochana Natalko i Paulinko album "wiewióry "jest specjalnie dla Was.
http://picasaweb.google.com/krzychorama/IdyjskaUlica?authkey=Gv1sRgCKC245a5-Mb3TA#http://picasaweb.google.com/krzychorama/Wiewory?authkey=Gv1sRgCKnfqOGF44inxgE#
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Agra?authkey=Gv1sRgCPPyqKSD4auN1wE#
przepraszam ze nie segreguje zdjec i nie wywalam tych bzdurnych , zajmę się tym po powrocie i sorki za częste literówki

niedziela, 10 października 2010

podróż do Agra i Tadż Machal

Witam wszystkich:)
Jestem tu dopiero 5 dzień a ten kraj nieustannie mnie zadziwia. Ale po kolei. Najpierw wyjazd z Delhi. Kupiłem bilet w agencji turystycznej na autobus od Agra. Koleżka pisze mi adres skąd jest odjazd-7.15 rano. O 6. pobudka pakuje plecak,biorę motoriksze i dawaj. Dojeżdżam pod hotel z którego mam ruszyć, a tu echo. Jest 7. Na całe szczęście jest to wypasiony hotel do wipów( Staff sprawdza przy wjedzie każdy samochód specjalnymi lustrami na kółkach)i miła pani dzwoni do kola który sprzedał mi bilet( na odwrocie biletu był namiar na kola w razie w). Miła pani gada z misiem z 10mni. Jest 7.10. Mówi mi ze autobus odjeżdża z innego miejsca a pomnie biuro wysłało już taksówkę. Myślę se wszystko ok. Ale taksiarz przyjeżdża za 20 min jest już 7.30 Coś mi tu zaczyna nie grac. Ok . Taksiarz wiezie mnie przez całe miasto i trwa to 30 min. Jest 8. Na miejscu jednak okazuje się ze tu również autobusu niet.  Robię się trochę nerwowy bo se myślę ze to jakaś ściema. Więc teraz taksiarz dzwoni do koleżki z biura. Ten każe nam jechać z powrotem do biura, i mówi ze tam się wszystko wyjaśni. Dojeżdżamy do biura a tu wszystko pozamykane na 4 spusty. Taksiarz się dobija i po chwil wychodzi jakiś zaspany hindus w majtach.  Myślę se to się nie dzieje na  prawdę. Jest 8.30. Po chwili gadki,  taksiarz jeszcze gdzieś dzwoni i ruszamy dalej. Jedziemy jakieś 15 min i oto jestem u celu. Dojeżdżamy do autobusu Jest 845. No więc uradowany na duchu biorę plecak i ładuje się do środka. I tu mój entuzjazm pryska ponieważ juz wiem ze podróż nie będzie  miła. Otóż w środku sami Hindusi a kazdy z nich ma twarzy wypisane tylko jedno- "siemasz białasie zgadnij na kogo tu czekamy od półtora godziny" Dobra pomyślałem niech mnie nie lubią ważne ze jedziemy. Jeszce nie zdążyłem usiąść a tu wpada za mną taksiarz i mówi ze mu nie zapłaciłem. No to na zewnątrz i kłótnia. Ja mówię ze nie zapłacę bo to nie ja go zamawiałem tylko przysłała go agencja. Ten mówi ze nic nie wie i za mam płacic. Nagle pojawia się mnóstwo obserwatorów wszyscy wkraczają do  dyskusji. Nagle widzę jak kierowca zasuwa drzwi a w środku juz moje toboły. No to sru. skok do drzwi i w ostatniej chwil jestem w autobusie Jeszcze rzucam kątem oka spojrzenie na taksiarza, który niestety nie pała do mnie sympatią. Pulta się tam na zewnątrz i gesty kuluje. Ale mnie juz to nie obchodzi. Jadę do Agra. Podróż odbyła się bez ekscesów poza przerwa na toaletę. Faceci w jednym rządku na jakimś polu wyciągają fistaszki i sru.... Stoję na kocu kolejki i widzę ze wszystkie głowy gapią się w moja stronę. No tas ja bezczelnie obcinam hindusów i ich przyrodzenia Uff mogłem z dumą i spokojem załatwić biologiczną potrzebę...
w Agarze znajduje  tani hotel za 5E.Wstaje rano o 6.00. Jadę oglądać Tadz mahal. Ikona Indii rzeczywiście robi wrażenie. Biała bryła w promieniach schodzącego słońca wygląda imponująco.  Na mnie największe wrażenie robi jej symetria, jest perfekcyjna, wzbudza we mnie respekt. Jednocześnie samo to miejsce wprowadza we mnie ogromny spokój. Czuje ze jestem tu sam, wszystkie problemy Świata zostały za murami a ja podziwiam doskonałość symetrii tadz machalu. Spędzam tu 3godziny robię foty. Następnie zwiedzam red ford Hinduską fortece warowną. Fotki umieszczę poniżej. Siedzę teraz w chyba w jednej z najdziwnieszych kafejek internetowych. Gadam z kolem a on mówi ze mam isc za nim. Wchodzę do baraku w którym nic nie widać. Ciemności egipskie. Na odwrót juz nie ma miejsca, czekam tylko az spadną na mnie jakieś gumowe pały. Ale kolo za chwile odnajduje w ciemnościach  żarówkę i  wkręca do sufitu. Jasność, czuje się lepiej ale to co widzę nie przypomina kafejki. Małe zagracone pomieszczenie wszelkim możliwymi rupieciami. Książki, pudła obrazki jakieś figurki. Myślę se ze chyba się z panem nie zrozumieliśmy. Ale spod sterty rupieci wyciąga sieciowy kabel i pyta czy ok. Podpinam się i jest to. Działa siedzę teraz na skrzynce z drewna i pisze tego bloga Kończę na dziś. Następne niusy juz z Varanasi miasta zmarłych:)

piątek, 8 października 2010

New dheli

Witam Wszystkich ze stolicy Indii. Moje wrażenia nie są pozytywne, ale po kolei. Lot trwał prawie 9 godzin. Więc po wylądowaniu, pierwsza myśl to puścić dymka. No to biegusem na zewnątrz i uff.. miło. No teraz z powrotem na lotnicho wymienić kasiure bo na zewnątrz żadnego kantoru niet. A tu pierwsza niespodzianka na lotnisko wstęp tylko z aktualnym biletem. Prz każdym wejsćiu po 3 kolesi z kałaszami. No i jestem w marnej dupie. W kieszeni jurki, kantor na lotnisku, wejścia niet. Łaże 2 godziny w końcu jeden mundurowy mnie wpuszcza. Wymieniam szmal i  go na stare Delhi. I tu kolejna niespodzianka Żadem taksiarz nie pojedzie po tam nie ma żadnych hoteli. Zaczynam być nieźle wkur... Dobra biorę pierwszego z brzegu i proszę żeby wiózł do taniego hotelu. of course, yuo are my frend, bla bla, bla i wiezie mnie do najdroższej dzielnicy miasta. Jestem już nieźle wykończony ponad 20 godzin,więc biorę hotel za 30e za dobę. Ful wypas. Naładowałem akumulatory. Ciepły prysznic itd. Dziś szwędałem się cały dzień po miesicie. Masakra.Głośno,brud i smród. Jak oni tu jeżdżą- jedyną zasadą jest to nie ma zadnych. Znaki, światła, piesi- zapomnijcie. Kubica chyba nie ma takich emocji jakich tu mozna doświadczyć. Po 40 min jazdy motorikszą miałem żołądek w gardle. Samo miasto nie zachwyca. Gwar, tłok i nic nikt nie wie. Oczywiście na starym Delhi hoteli od hu.. i to tanich. Zaćma zbiorowa ogarnęłaę tych taksiarzy pod lotniskiem?? no idea. Odwiedzam Jantar Mantar obserwatorium astro logiczne z XIIw i szukam po agencjach biletu do Agary. Po 2 godzinach sukces mam bilet za 9e. Oczywiście we wcześniejszych biurach było to nie mozliwe : bo to tur, bo trza w dwie strony, a jak chce w jedną i  tak trza zabulic za dubel. Trza tu mieć mocne nerwy. Koniec końców mam bilet i jutro o 7 rano jadę oglądać jeden z cudów świata-Tadz Mahal. A potem go to Nepal. Miało być samolotem ale... opowiem po powrocie. Kończę po juz północ a o 5 pobódka. Pozdrawiam Wszystkich i zostawiam linka ze zdjęciami.... http://picasaweb.google.pl/krzychorama/NewDelhi?authkey=Gv1sRgCMeOlJ2t2aVE#



Posted by Picasa

czwartek, 7 października 2010


20. 10. 15
Cały dzień w Londynie.... Uff było męcząco, ale jakoś stolica UK nie zachwyciła. Pewnie za mało zobaczyłem, by obiektywnie oceniać. Ale co tam, Big Ben uwieczniony w obiektywie,  czyli ikona Angoli odfajkowana.  Potem relaksowałem się w parku j joyca gdzie karmiłem wiewióry. Jebane gryzonie żrą z reki.... 19.00 jestem już po odprawie. Trochę dziwnie się czułem gdy uzmysłowiłem sobie ze jestem jedynym białasem w kolejce. Poczułem lekki niepokój i napięcie. Byłem w kleszczach indyjskich kamiennych twarzy, odzianych w turbany i ich tradycyjne szaty... I te ich oczy, przeważnie piwne, ale zawsze bez wyrazu... Nie wiadomo czy to się cieszy czy jest wkur....  Oni wracąją do siebie, do swych rodzin i domów, do korzeni.. A ja jadę w nieznane, nie znając nikogo, mając mgliste pojęcie o Ich zwyczajach i kulturze. Ciekawe kogo spotkam? Będą dla mnie przyjaźni, czy nóż w plecy?? Dobra smucę... Za dużo mi się kłębi po łebie. Żeby ukoić niepokój, i zaprawić się przed malaria biegnę szybko na 3*duble gin.Miałem plan, poprawić jeszcze raz na pokładzie i sru... slippppp Ale nie, tu ..... surprise Ludziska samolot pełen wypas....  Przyzwyczajony do exkluzywnych standardów rayanerowskich nie mogłem uwierzyć.... Fotele  wygodniutkie z poduszeczka... w oparciu fotela prze de mną screen a w meni gry, filmy ,plan lotu, muza, tv..... Z gadżetów słuchawy i pilot do screena.Podpórka pod nogi. I zaraz po starcie stuard popieradala po pokładzie z odświeżaczem i psika aż miło pod sam sufit. Można od razu polubić latanie.....A teraz hicior, Stuardesy ubrane w piękne indyjskie stroje roznoszą darmowe driny. Pytam dwa razy, żeby nie było wtopy, free?? (ale burak ze mnie) Yes-) No to wziąłem tonik i 2 giny. Air India polecam każdemu Ful wypas . Może siedzę przez przypadek w biznes klasie?? Nieważne, mnie się podoba. a do tych darmowych ginów dali orzeszki: producent Jacobson- myślałem ze mi wypali gardło lubię ostre ale to była przesada Tak mnie paliło ze poszedłem po nowy Tonic z 2 ginam. Yes, no problem... Porządna firma. Jeśli mapa nie kłamie to to jestem właśnie nad Frankfurtem, co oznacza ze to ostatnie moje niusy z Europy. Next news will by in diffrends words..... Wszystko będzie inne...  kraj, kontynent, kultura, ludzie, klimat. Jak tam sobie poradzę?OK Ludkowie 23.00 Trzymajcie się.

środa, 6 października 2010

start Londyn

Witam Wszystkich Zainteresowanych
Tutaj w miarę możliwości będę zostawiał niusy gdzie jestem i co porabiam. Postaram się również umieszczać jakieś fotki. Na początku chcę jednak podziękować osobie bez której ta wyprawa nie doszła by do skutku:) SABINA- dzięki:). Podziękowania również dla wszystkich którzy mnie wspierali i nadal to robią: Gawciu, Lemon, Wojtas, Miras  Kicia Basia. Dobra to tyle słodzenia. Zmykam poszwędać się po Londynie, łyknąć przed długim lotem parę ginów z tonikiem ( profilaktyka przed malaria). Do następnego razu. Jutro 10.30 New Dheli -)