foty

poniedziałek, 22 listopada 2010

kalkuta

Witam Wszystkich Czytelników Bloga:)
Dziś mój ostatni dzień w Kalkucie. Jestem tu od 5 dni a dopiero dziś zabieram się za pisanie. Już wyjaśniam tą kilkudniową przerwę. Podróż z Kathmandu trwała prawie 40 godzin i strasznie mnie wykończyła. Składała się z trzech etapów. Pierwszy: 9godzin autobusem z Nepalu do Kaligari, granicznego przejścia w górach. Miałem jechać liniami autobusowymi o wdzięcznej nazwie "All Nepal Jum". Wpadam na dworzec i szukam mojego busa. Na dworcu pełno tubylców, wszyscy drą mordy, jeden przez drugiego,panuje straszny chaos. Na dworcu otwarte 3 kasy. Do każdej ogromne kolejki, ciesze się że kupiłem bilet w agencji. Oczywiście do każdej kasy, stoją z trzy, cztery kolejki, które zbiegają się przy okienku. Mega bajzel. Tu czeka mnie pierwsza niespodzianka. Do granicy indyjskiej odjeżdża 7 autobusów lecz żaden nie nazywa się tak pięknie jak mój. Łażę od busa do busa pokazuje bilet ale nikt mnie nie chce puścić do środka. Do odjazdu zostało z 25 min a ja jestem w marnej dupie. Nagle podchodzi do mnie hindus, wyrywa mi bilet, dokładnie go ogląda i mówi ze mi pomoże. Facet ma z metr dziewiędziesiąt, wyglądamy jak Dawid i Goliat. Goliat obraca się na pięcie i przebija się do kasy. Z jego posturą nie sprawia mu tu żadnych problemów. Ledwo za nim nadążam z tym cholernym plecakiem.Wydziera się na kasjera chwile krzyczą na siebie, kasjer kreśli jakieś liczby na moiem bilecie, które otwierają mi drzwi do jednego z autobusów. Goliat odprowadza mnie pod autobus i odchodzi. Miły facet, ale nie chciał bym go spotkać w innych okolicznościach:) Autobus jest w połowie pusty co nie wróży dobrze. Moje przeczucia się sprawdzają. Napełnianie busa tubylcami, trwa 2 godziny. Odjeżdżam z 3 godzinnym opóźnieniem. Podróż zamiast 9 trwał 13 godzin. Normalka, nie rusza już mnie to. Wiadomo co chwile postuj,jedni wchodzą, drudzy wychodzą. Do granicy dojeżdżam o 10 rano. Jestem padnięty, w autobusie nie zmrużyłem oka. Całą drogę z głośników napierdalała muza w stylu disco polo w zwolnionym tempie. Myślałem że oszaleje, ale tubylcy są absolutnymi fanami tej muzy. Szukam biura emigracyjnego, wypełniam papiery i przekraczam granice. Biuro emigracyjne po indyjskiej stronie znajduje się 2 kilometry dalej. Wale z buta, mijam mnóstwo budynków ale emigracyjnego nie widać. Na końcu drogi widzę jakiś rozwalającą się budę. Myślałem że to kibel i moge się odlać a tu proszę oto urząd emigracyjny. W środku zaspany gość daje mi aplikacje i załatwiam formalności. Dobra jestem na legalu ponownie w Indiach. Etap drugi. Teraz znaleźć dżipa do Jalpaigurui, skąd odchodzi mój autobus. Ostre targowanie i za 3E, jadę dżipem prawie 100 km:). Dojeżdzam do dworca. Oczy  mam na zapałkach a do pociągu jeszcze pięć godzin. Z nieb oczywiście kapie niemiłośierny żar. Wypijam mnóstwo kawy. O  17 w końcu pociąg, ładuję się do środka. Trzeci etap 13 godzin w pociągu. W przedziale jadę z gromadą dzieciaków, które gadają do północy więc znów nic ze spania. O 9 rano jestem w Kalkucie. Na dworcu spotykam Niemca, Matheusa. Bierzemy razem taxe, i jedziemy na  sudder street. Matcheus jest tu do 22 i wraca na dworzec w dalszą podróż. Ja znajduję tani hotel i wale się spać.  Mam za sobą 1500 km i jestem wykończony. Po południ z M. pijemy browarki, więc w hotelowym pokoju zasypiam błyskawicznie.Wstaję około 10 a tu suprajs. Pierwszy raz dostałem zatruci pokarmowego. Cały dzień rzygam, a zwieracze napierają co chwila. Dwa dni nie ruszam się z pokoju. Piję wodę i jem krakersy. Gdyby nie laptop umarł bym z nudów. Na trzeci dzień następuje poprawa. Natychmiast udaję się do oficjalnej agencji morskiej i kupuję najtańszy bilet na Andamany. Mój ship nazywa się NICOBAR. Będę spał w ładowni przerobionej na noclegownie. Kiepsko to brzmi, ale kajuty były 2 razy droższe. Mój budżet się kurczy więc oszczędzam na wszystkim. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić tę morską podróż, to aż 4 doby i trzeba mieć własny prowiant. Myślę że będzie niezła jazda. Resztę czasu w Kalkucie spędzam na szwędaniu się po ulicach i pstrykaniu fotek. Kalkuta to kolos, ogromna metropolia w której żyje prawi 20 mln ludzi. To dziewiąte skupisko stonki na świecie. To miasto to mozaika kontrastów gdzie wszelkie
przeciwieństwa egzystują wspólnie jako nierozerwalna całość. To multikuturowy motłoch. Pierwsze co rzuca się w oczy to brud. Na ulicach pełno śmieci, czasami smród nie do zniesienia. Ogromne kolonialne angielskie budynki, obdarte z tynków, bez okien. I nagle między tym wyrasta czterogwiazdkowy hotel, w szkle,w marmurach, z klimą, elegancka restauracja... A zaraz obok kobiety z dziećmi w stertach śmieci szukają czegokolwiek: jedzenia, jakiś przydatnych rzeczy....  Urządzają sobie między kartonami noclegowisko na kolejną noc....Wszędzie wałęsają się psy... Na ulicach gwar, pełno taksówek, rikszy.....  Tak postrzegam to miasto, takie mam odczucia i impresje.
Jutro wyruszam w morską podróż:) O Andamanch piszą paradis.... Zobaczymy. Mam plan ponurkować w fantazmagorycznych raf, które są tam dostępne, pobyczyć się na gorącym piasku, patrzeć w lazurowe morze, i pić drinki z palemkami:) Laptopa nie zabieram bo internet tam nie funkcjonuje, więc nie będzie mnie gdzieś przez 20 dni. Muszę wrócić przed 21 bo mam samolot do Kulu Lumpur, Święta chciałem spędzić w Tajlandii, a będę w Malezji... Po powrocie zdam relacje i zostawię foty.
Pozdrawiam Wszystkich, bardzo dziękuję za komentarze...
P.s. Drogi Stasiu i Zosiu. Momo rzeczywiście palce lizać. Dziękuję za chęć pomocy, ale mój trip to wielka niewiadoma i pełna improwizacja:) W razie W na pewno dam znać....
 Do zobaczenia after Andaman........
http://picasaweb.google.com/krzychorama/Kalkuta?authkey=Gv1sRgCNTchsmYsefRTQ#

1 komentarz:

  1. hej Krisolku!
    Jesteś sobie teraz gdzieś na Andamanach i pewnie wygrzewasz się na słonku ... i tak trzymać! U nas chu chu cha zima zła. Ale za to jaka piękna :-) Oczywiście ogólny paraliż i Irole narzekają ale cóż ... Dla mnie bomba. Powoli już wyglądamy za świętami, a tak naprawdę to one same zbliżają się ogromnymi skokami. Jak to zwykle będzie u nas w domku impreza przedświąteczna pierogowo-krokietowa albo coś w tym stylu. Szkoda że Cię nie będzie, ale na pewno spędzisz ten czas równie ciekawie. Trzymaj się cieplutko i nie choruj już. Czekam na wieści o szczęśliwym powrocie z wysp i na wrażenia z pobytu tam.

    OdpowiedzUsuń