foty

czwartek, 16 grudnia 2010

wiadomości z Tamil Nadu

Witam wszystkich serdecznie:)
         Podróż morska z Andamanów do Chennai minęła bardzo szybko i przyjemnie. Po za mną, na statku było jeszcze kilkunastu białasów. Fajni ludzie z Izraela, Australi., UK, i US. Ucinammy codziennie pogawędki  i czas jakoś płynnął. Ja większość  czasu spędzam z Angolem Pitem. Facet był już 3 razy w Afryce i sprzedał mi parę fajnych pomysłów na kolejne tripy. Lądowanie w porcie było obskurne. Nabrzeże wyglądało  jak ogromne rumowisko, wszędzie tony gruzu i cegieł. Oczywiście smród i pełno śmieci. Już wiem, że nie zostanę w tym mieście dłużej niż to konieczne. Otacza nas kordon wojska, bo  w porcie obowiązuje zakaz poruszania się. Odprowadzają nas do podstawionego autobusu i wyjeżdamy na miasto. Ja gnam na dworzec kolejowy kupuję bilet na 17 grudnia do Kalkuty i biorę miejsowy autbusy do Mamallapuram ( stare Mahabalipuram). Podaję dwie nazwy, bo obie są w użyciu. Pewnie spytacie gdzie to jest? Prawie na koncu świata, serio:) To trochę taki żart, choć nie do końca. Tamil Nadu to stan na samym południu Indii. Dalej na południe już tylko Sri Lanka.  Na Mamallapurne namówił mnie Pit i Tim (australijczyk). Strzał okazał się w dyche, bo nie trzeba było być prorokiem że w Chennai, wieje nudą. Kolejny brudny, betonowy moloch ( 6,5 mln mieszkńców). Nasza baza wypadowa jest bardzo pryjemna.  60 kilometrów od Chennai, niewielka mieścina nad samym morzem bengalskim, w ktorej życie toczy się bardzo spokjnie. Monitorujemy wsplónie lokalnne terytoriia. Byliśmy w Kanchipuram, Puduchery, Vellore, Tiruvannamalai. Wszędzie coś ciekawego do obejrzenia: świątynie, ruiny starych fortów, monastery.
     Mnie jednak (jak zawsze) interesuje  codzienne życie tubylców. Tutejsza okolica to skupiska rzemieślników i wyrobników. Pełno tu rzeźbiarzy, wyrobników biżuterii, butów, torebek. A wszytsko dzieje się na ulicy i można napatrzeć się do woli. Ja mogę gapić sie godzinami. Życie takich Hindusów toczy się zupełnie innym rytmem i tempem, niż przeciętnego Europejczyka. Nie gnają nigdzie, nie spieszą się. Podpatzryłem trochę dzionek sklepikarza z ciuchami, którego obserwowałem z tarasu mojego hostelu. Pewnie uznacie że jestem walnięty . Pewnie tak. Rytm jego dnia wyznacza wschód i zachód słónca, jakby nie korzystał z zegarka. Tuż po wschodzie słońca, pojawia sie przy sklepie i rytaualnie go otwiera. Myślę że ja otworzył bym taki sklep w 5 min, jemu zajmuje to prawię godzinę. Otwiera metalową kratę, ściąga buty, wchodzi do środka. Pomalutku wynosi swój stołeczek i ciuchy które wiesza na specjalnych stojakach. Robi tak codziennie, te same ciuchy w tych samych miejscach. (3 min robty) Jemu zajmuje to mnóstwo czasu. Każdą rzecz staranie głaszcze i gładzi. Sprawdza kilkakrotnie czy jest idealnie. Następnie miotełka i zamiatanie. Po 5 minutach czyściutko, ale on nie kończy. Drepcze w kółko, sprawdza iks razy czy jest czysto. Next, zraszanie wodą placu pzred sklepem by się nie kurzyło. Ma do zroszenia z 2 metry kwadratowe, nie pytajcie ile mu tu zajmuje. Gdy rytuał otwierania sklepu dobiega do końca, siada na stolku i gapi się w ulice. Oczywiście szuka potencjalnych ofiar. Swoją drogą facet jest niezły. Nie zaczyna gadki od "łicz łan cantry" bo wtedy wie, że dupa. Natomaist zaczyna od" pięknie dziś pani wygląda, to pni ulobione kolory?? bardzo pani w nich do twarzy, a mam coś w pani stylu". Starsze panie łykają  haczyk prawie zawsze, a jak już wejdziesz do sklepu to 3/4 sukcesu.
          Na marginesie, kupownie ciuchów w Indiach jest ogromnie przyjemne. Wchodzisz do sklepu, ściągasz buty, siadasz na wygodnym dywaniku i zaczyna się show. Na wstępie zaznaczasz koleżce, że chcesz tylko t-sherta. "Of cours", po czym koleś pokazuje Ci stosy rzeczy: bluzy, spodnie, w różne wzorki, z różnych materiałow, (niektóre ciuchy są naprawdę genialne). Gdy się już naoglądasz i zaczynasz się już wnerwiać, prosisz kola o t-sherta. "Of corus my frend, letter, now just lock, raely good prize to You" I wszystko zaczyna się od początku. Myślę że  zakupy podstawowych ciuchów dla 5 osobowej rodziny zajęły by miesiąc. Wracając jeszce do rytmu życia hindusów. Gadałem potem z tym sklepikarzem  I coś zrozumiałem.  On po prostu ma tylko ten sklep, który odziedziczył po ojcu. Nie ma nic innego do roboty, zupełnie nic. Po prostu nie ma żadnego wyboru, żadnej alternatywy, nigdy nie znajdzie innego zajęcia, innej pracy. Jedyne o co dba, to by codziennie sprzedać co kolwiek. I tak dzień w dzień, od wschodu do zachodu, prawie przez większość życia. Niesamowite.... Dobra już koniec tego bo pewnie Was to zanudza i ziewacie..
       Jeszce kilka słów o dalszych planach podróży. Myślę po mału o powrocie. Niestety. Ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Kardynalny powód wcześniejszego powrotu to oczywiście kasa.(raczej jej brak) Budżet topnieje szybko, choć wierzcie mi, nie pływam tu w luksusach.  Trochę frycowego zpałaciłem w New Dheli, i wiadomo transport, pozowlenia na tregingi, nurkownie, żarcie, gupi internet, wszytko kosztuje, czasem też się znieczulałem.....Teraz zaciskam pasa na wszystkim, wszytko najtańsze z najtańszego. Na ryż już nie mogę się gapić. Wczoraj śnił mi koszmar: nad moją głową fruwał ogromny schabowy a ja nie mogłem go złapać. Kurwa jak bym zobaczył  w jakieś knajpie schabczaka  z ziemniakami i mizerią do zapłacił bym nawet 50E i miał bym w dupie oszczędzanie... A propo oszczędzania. Tego posta piszę z Chennai. Wróciłem  po południu na jedną noc bo rano 30godzinna podróż pociągiem do Kalkuty,(będzie koszmar). Szukam taniego hostelu w okolicy dworca, bo pociąg o 6 rano, nie chcę brać taksy ani rikszy. Pierwsza ulica za dworcem, hosteli i hotelików od groma. A tu suprajs, większość miejsc zajętych.(kto spędza czas w tak ochydnym mieście jak Chennai???). Wolne pokje w cenie 4 stów. Po 2 godzinach znajduję pokuj za 2stówy(3,5E). Jestem wykończony. Kapie ze mnie, plecak waży tone.. a najbardziej uprzykrzają szukania hotelu riksiarze. To najgorsza warstwa społeczna ludzi, mendy których nie znoszę. Przylepi się taki za Tobą i mendzi "łicz łan kantry, ai noł good plejs, czip, naj wiu" Zawsze grzcznie dziękuję, choć dziś nie wytrzymałem. Pozybawłem się jednego i zaraz pojawiało się 2 innych. Ostatniemu na pytanie "łicz łan kantry", odpowiedziałem "kurwa z koziej dupy". Co uszłyszałem? "Najs kantry" i dalej za mną drepcze. Wierzcie czasem można zwariować...
         W Kalkucie 2 dni. Pakowanie, drobne zakupy. Lot do Malezji. Malezje wybrałem z powodów logistycznych. Z Malezji mam już tylko jeden kierunek podróży, północ. Miałem się piąć w górę do Tajlandii, Kambodży, Laos i Wietnam. Teraz już wiem że Malezja 3 tygodnie i 2 tygodnie Tajlandia.( tylko na tyle dostanę wize). Koniec. Razem daje to 5 tygodni, więc szukam tanich połączeń z Bankoku do Europy, w pierwszym tygodniu lutego. Sprawdzam setki połączeń. Najtaniej znalazłem Paryż za 450E a potem rayaner za 10E do dublina.  Tu prośba jeśli ktoś znajdzie coś tańszego, niektórzy z Was grzebią w połączeniach lotniczych, dajcie znać w komentarzu.
    Oczywiście oprócz o powrocie myślę o tym jak wrócić najpóżniej. Mam do kogo wracać (Rudowłosa Niwiasta świetnie się trzyma, choć nabucy sie na skeypie, i me 2 małe pociechy też), ale jak pomyśle słowo praca czuję poważny dyskomfort....Brrr  Na statku ma się dużo wolnego czasu więć wymyśliłem dwie rzeczy. Po pierwsze mógłbym podjąc jakąś dorywczą pracę. Tu pojawia się problem. W  Nowej Zelandii lub Australi pomysł nie gupi, bo da sie zarobić. W Indiach pracując dwa miesiące za barem, odóżył bym na Citylinka z Shannon do Golwyowa. Pomysł umarł. Drugim pomysłem jesteście Wy,  Moi Drodzy Czytelnicy. Jeśli ktoś ma chęć wspomóc tą eskapade i dorzucić trzy grosze, proszę o kontak z Lenininem. Lemon po pierwsze jest naljepszym księgowym jakiego znam, (żyleta), żaden euracz mu nie umknie, jest solidny do bólu. Po drugie, wie co zrobić by forsa szybko znalazła się na moim koncie. Po trzecie, na statku poznałem baosmana, który trzy lata w Tybiecie zajmował się wróżbiarstwem. Wziął moją dłoń i powiedział " Just Lemon". Stary opatrzności i losowi nie wolno się sprzeciwiać (dobra po powrocie  możesz  mnie zabić) Oczywiście proszę tylko o pomoc. Jestem facetem honuoru. Do 3 tygdoni po powrocie oddam wszytsko.  Tak naprawdę to szkoda mi tylko tego urlopu. Żadna firma i żaden inny boss nie da mi już 6 miesięcy urlopu. A propo Bossa, tu malutka wazelina. Szanowny Panie G. M. serdecznie dziekuję za ten miły gest i szerdecznie pozdrawiam. (Mam nadzieję że po powrocie znajdzie sie jakieś biureczko dla mnie na spawalni). Panowie zadbajcie by wazelnia dopłyneła do Bossa, (dzięki).  To tyle. A jeden fact już troche mnie wspomógł. Napisałem maila i natychmiast pozytywna odpowiedź. Dzieki Stary stanąłeś na wyysokośći zadania, Wiesz to tylko forsa a ja Stary robie coś o czym marzyłem od dawna Dzięki.  Moje marzenia trwają na dal.
    Tak czy siak czekam na jakies niusy do końca grudnia. Idą święta, czas dzielenia  się i dawania dobroci .Może dzięki Wam uda się mi dotaszycz do Kambodży, Na razie będzie cieżko dotrwać do Bankoku. I jeśli ktoś znajdzie  tani lot z Tajlandii, na początek lutego dajcie koniecznie znać. Może da się cos zaoszczędzić na bilecie. Dobra a teraz sprawa ostatnia. Sprawą mojego tripa się nie przejmujcie. Wbrew pozorom jestem realistom i twardo stąpam po tej planecie. Powrót juz planuje, jak będzie tak będzie. Nie mozna mieć wszystkiego. Poza tym  jak nie teraz, to póżniej. Wszystko ma swój czas.....
 Sprawa  najważniejsza. Świeta
 Po pierwsze:
Kochani Rodzice. To Wasze pierwsze swięta w samotności. Adam będzie spędzał  je po raz pierwszy wspólnie ze swą małżónką. Wiem ze nie jest Wam łatwo. Macie taki syndrom pustego gniazdka ale wierzę, że sobie poradźicie Jesteście kreatywni. Ja  w święta będę o Was myślał w szcególnści. To, kim jestem i jaki jestm , zawdzięczam w dużej mierze Wam. Kocham Was i wesołch Świąt. Życzenia również dla Braciszków i Bratowch (odwidźcie Rodziców w Święt, uradują się ogromnie.)
Po drugie:
Moje Kochane Dziołchy z Golweyowa. Sabina, Natka  i Paula. Spędzićie ten czas w Hiszpanii. Uważajcie na siebie, bawcie się dobrze, super podarków, i wesołych karpi:) Tęsknie za Wami. Wesołych Świąt.
Po trzecie:
Do Wszystkich moich Przyjaciół, Znajomych, Czytających tego bloga i Ludków wyżej wspomniach:
 Zostawcie w święta swe problemy na uboczu. Wyrzucie je z głów i nie myślcie o nich .Spędzajcie wspólnie czas, (choć pewnie niektórzy wezmą plecak i gdzieś wyskoczą), biesiadujcie, zasiadjcie przy suto zastawionych stołach, wznoście puchary i kielichy, łamcie sie opłatkami, gawędzćie do poranka, odpakowujcie tony prezentów. Niech swięta będa dla Was radością i upłyną pod płaszcem Bachusa:)

         Sorki że tak się rozpisałem ale przed świętami już nic nie napiszę. W Kalkucie umieszczę tylko fotki. W depozycie został tam kabel do transferu zdjęć. Poza tym będę tam trochę zajęty. Ostatnie zbieranie info o Kula Lumpur, sprawdzić plan zwiedzania Malezji, pakowanie. Następne niusy będą dopiero z Malezji:)))) Podążąm po nowe doświadczenia...... i kolejne miseczki ryżu:)


1 komentarz:

  1. Jedne z najpiękniejszych życzeń, chwytają za serce i ronią łezkę :) Krzysiu, miłości i żeby tego o czym marzysz nie było mniej w przyszłym roku :) buziaki

    OdpowiedzUsuń